Wpisy z tagiem: chorwacka

niedziela, 14 sierpnia 2011

Zaczęło się. Przerażający dźwięk syren alarmowych, bieg, panika, szukanie schronienia. Jakiegokolwiek. I nieważne było czy masz na sobie suknie ślubną, koszulę nocną czy ulubioną bluzkę w kwiatki. Nieważne było czy jesteś w szpilkach, trampkach czy boso biegasz po trawie. Nieważne okazało się czy bawisz się na własnym weselu, składasz przysięgę wierności, kładziesz się spać czy podajesz obiad. Musisz uciekać, ukryć się, mieć oczy dookoła głowy, żeby tylko nic złego się nie stało. A potem zabrali Ci męża, narzeczonego, brata, ojca, syna i kazali im walczyć, zostawiając Ciebie sparaliżowaną strachem, wyczekującą powrotu i końca tych bezsensownych działań. Tyle, że gdy przyszedł koniec, okazało się, że musisz czekać nadal…

Przerażające? Być może. Ale taki właśnie jest debiut prozatorski Sajko, debiut dzięki któremu zresztą otrzymała nagrodę za najlepszą chorwacką powieść 2006. Jest więc strasznie, jest też nostalgicznie, przygnębiająca i nadzwyczajnie głośno. Głośno, bo właściwie cała książka została wykrzyczana przez trzy kobiety (a właściwie może to jedna i ta sama, naprawdę ciężko wyczuć), z których każda szuka ukojenia w barze Rio, nad kieliszkiem wina czy wódki, obserwując ludzi tam pracujących, roześmianych turystów, kobiety, które odnalazły spokój. I choć na ogół, nawet z pomocą alkoholu, trudno im to wspomniane ukojenie znaleźć, to na parę chwil udaje im się przynajmniej zapomnieć, przynajmniej do momentu odzyskania przytomności.

Rio Bar z pewnością nie jest powieścią łatwą. To nie książka, którą weźmiemy wieczorem do łóżka, by nasze sny były pełne radości i kolorów. To nie książka, którą przeczytamy na jednym wdechu, choć przecież jej objętość mogłaby na to wskazywać. To powieść pełna bólu i złości, których po prostu nie można przyswoić za jednym razem. To lektura, podczas której trzeba robić multum przerw na złapanie oddechu i uporządkowanie myśli. Nie tylko swoich, ale także bohaterek, bo i one są często dość chaotyczne.

Powieść Sajko mogłaby być książka o każdej wojnie. Nie tylko tej na Bałkanach, bo autorka nie podaje ani żadnych dat ani żadnych miejsca, może poza tytułowym Rio Barem, który właściwie też mógłby znajdować się wszędzie, bo przecież każde miasto ma swój Rio Bar*. To może jakakolwiek wojna, bo kobiety zawsze będą czuły się tak samo, niezależnie od nazw, miejsc, czasu i powodów, dla których ich mężczyźni musieli stanąć do boju. Zawsze będą tęsknić i czekać z nadzieją każdego dnia. Zawsze będą odczuwać żal i winić wszystkich dookoła za to co się stało. I nie można mieć do nich za to pretensji.

Chociaż od wojny w Chorwacji minęło już kilkanaście lat, chociaż świat już dawno o tym zapomniał, to chorwackie kobiety nadal pamiętają. I dzień po dniu wyglądają ojców, synów, mężów i braci. Które nadal, dzień za dniem tęsknią, czekają i krzyczą, licząc na to, że ktoś je usłyszy.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Ocena: 4/6

Ivana Sajko, Rio Bar, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2011.

*Tamże, s. 84.

wtorek, 28 grudnia 2010

Dostaliście kasetę magnetofonową. Dostaniecie 50 euro jeśli nagracie na niej kilka słów dla Amerykanów. Nie musicie mówić długo, wystarczy kilka zdań, nie musi to być podniosły ton, to co powiecie nawet nie musi być szczere. Wystarczy, że po włączeniu kasety będziecie pleść co Wam ślina na język przyniesie. Tak też robią bohaterowie tej książki, gdy kasety wręczył im Wujek, który chciałby zostać pisarzem, ale ponieważ nie czuje się na siłach liczy na ciekawe opowieści własnej rodziny, z których będzie mógł coś poskładać.

Tak więc w książce wypowiada się jego siostra, czyli Mama dwóch Bliźniaków, pływających jeszcze zresztą w wodach płodowych, którzy to też w międzyczasie zabierają głos. Mówi także Babcia, czyli mama Mamy oraz Babunia czyli głowa rodziny, mama Babci. A swe trzy grosze dokłada i Dziadek, choć może lepiej byłoby gdyby milczał.

I w tym momencie, choć marudziłam, wiem, że cieszę się z tego, że wcześniej poznałam Miłość od ostatniego wejrzenia. To pozwoliło mi podejść do kolejnej książki Rudan o wiele swobodniej i może momentami z przymrużeniem oka, bo gdy na pytanie co to jest faking bicz, odpowiada się kobieta w amerykańskim filmie*, to ja nie umiem powstrzymać lekkiego uśmiechu. Wiedziałam już czego mogę się mniej więcej spodziewać, wiedziałam, że będzie się roić od wulgaryzmów, poznałam po części styl autorki, więc nie był mnie on już w stanie ani zadziwić ani tym bardziej zniesmaczyć, tak jak stało to się w przypadku poprzedniej lektury. I cieszę się, bo to pozwoliło mi na skupienie się na tym co ważne. A ważnych spraw jest tu mnóstwo. Bo jest opowieść o wojnie i o tym co się z człowiekiem dzieje po wojnie, a także w jej trakcie i wierzcie mi, że nie ma w tym nic dobrego. I jest o zdradzie, która może tak naprawdę wcale zdradą nie jest, bo właściwie co zrobić ma kobieta, która nie czuje się ani trochę kochana, której mąż nie ma ochoty nawet oglądać, że o dotykaniu już nie wspomnę. I jest też o aborcji. I o gwałtach, które człowiek stara się usprawiedliwiać. I o zabójstwach, i… i... i mogłabym tak siedzieć i wymieniać, bo Rudan na kartach swej powieści porusza wiele naprawdę istotnych problemów. I może w tym tkwi też sedno całej powieści, że tylko je porusza, sygnalizuje, nie wdając się przy tym w analizy, nie bawiąc w sędziego, pokazując nam to co warte uwagi, po to tylko by za chwilę przejść znów do plecenia o niczym, do zwykłego narzekania na swój kraj i ludzi wokół i do wspominania jak dobrze było kiedyś i jak źle jest teraz.

Ujęły mnie przede wszystkim dialogi Bliźniaków. Już dla nich samych warto po książkę sięgnąć, zapewniam. A co z tytułowymi Murzynami we Florencji? No cóż, w książce ich zbyt wielu nie ma, to tylko marzenie jednej z bohaterek. Ale ode mnie nie dowiecie się której, musicie sami przeczytać i się przekonać.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na samą okładkę książki, która mi bardzo się podoba.  Wiem, że książki nie ocenia  czy też nie powinno się oceniać po okładce, ale to, żeby już na niej umieścić drzewo genealogiczne, żeby już na niej przedstawić czytelnikowi członków rodziny i jednocześnie bohaterów powieści jest po prostu świetnym pomysłem i zasługuje na słowa uznania.

Ocena: 4,5/6

Vedrana Rudan, Murzyni we Florencji, Warszawa, Drzewo Babel, 2010.

*Tamże, s. 22

niedziela, 26 września 2010

Małżeństwo. Mój mąż, moja żona. Pięknie brzmi, prawda? Większość kobiet marzy o ślubie, większość dziewczynek marzy o tym jednym dniu, kiedy w końcu będzie mogła poczuć się jak prawdziwa księżniczka, gdy w pięknej białej sukni stanie przed ołtarzem, a wszyscy wokół skupiać będą uwagę tylko na niej. Jeśli tak jak ja lubicie komedie romantyczne to dobrze wiecie jak większość z nich się kończy. Ślub lub zaręczyny, sceny przy których łza kręci się w oku, szczyt szczęścia, do którego prowadzą nas te pierwsze niewinne uśmiechy, spojrzenia, wzajemne pożądanie. Tyle, że jakoś mało kto mówi o tym co dzieje się po przekroczeniu tej magicznej granicy. Co dzieje się, gdy emocje związane ze ślubem opadają, gdy trzeba posprzątać, wyprać brudne gacie, ugotować obiad i przyzwyczaić się do tego, że oddech mężczyzny przy którym budzisz się codziennie rano wcale nie pachnie fiołkami, a on sam jakoś stracił formę i zamiast budzić pożądanie zaczyna budzić wstręt.

I o tym właśnie pisze Vedrana Rudan. W międyczasie wplatając w to jeszcze trudne dzieciństwo, w którym główną rolę gra tatuś znęcający się nad dzieckiem, mamusia mająca wszystko głęboko i babcia nie potrafiąca zbyt wiele zdziałać, choćby nawet chciała. Potem jest ta wielka miłość i próba usidlenia ideału, a skoro nie działa osobisty urok to już na pewno zadziałać musi nagłe odłożenie pigułek, tłumaczone zapomnieniem i ciąża, która powinna rodziców do siebie zbliżyć, a zdaje się oddala ich jeszcze bardziej. Tyle, że dziecko w drodze, więc ślub musi być. A potem? Potem jest już tylko gorzej. Mąż, który Cię nie podnieca, dziecko, którego mogłoby nie być, bo nie obchodzi Cię ani trochę. Wzajemne pretensje, poniżanie, bicie, zdrady, zupełna obojętność, a nawet nienawiść. Choć sama nie wiem co w tym przypadku jest gorsze. I jakoś ani małżeństwo ani mąż już nie brzmi tak pięknie. I choć w trakcie czytania chciałoby się powiedzieć: nie, stop, przecież to wszystko nieprawda, bo po ślubie dalej jest pięknie i różowo to gdzieś tam jakiś głosik cichutko mówi, że nie wszystko zawsze jest kolorowe i że są małżeństwa, które kończą się właśnie w ten sposób. I zostaje tylko nadzieja, że gdy już doczekam się tego dnia, jednego z najważniejszych, to będzie on równie udany jak ta reszta życia, która mi po nim zostanie.

Książka porusza naprawdę ważny problem i chciałabym, bardzo bym chciała, napisać, że jest świetna. Niestety, nie napiszę, bo styl Rudan zupełnie mi nie podszedł. Monolog narratorki momentami wydawał mi się jednym wielkim bełkotem, a wyzierające z każdej strony śmierdzące fiuty i cipy średnio zachęcały do dalszej lektury. Może to miało służyć wyrazistości, podkreśleniu tematu, ale mnie nie przekonało i wiem, że można było inaczej. I naprawdę mocno muszę się zastanowić, czy nadal chcę sięgnąć po Murzynów z Florencji

Ocena: 2,5/6

Vedrana Rudan, Miłość od ostatniego wejrzenia, Warszawa, Drzewo Babel, 2005.

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+