Wpisy z tagiem: Esprit

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

I co ja mogę napisać? Tak właśnie działa siła blogów. Rzadko sięgam po dramaty (wyjątkiem jest tu Schmitt, ale to raczej ze względu na to, że uwielbiam go jako autora i staram się czytać wszystko co napisze), pierwsza czytana przeze mnie książka Pagnola podobała mi się raczej umiarkowanie i to właśnie pozytywne recenzje pojawiające się tu i ówdzie skłoniły mnie w dużej mierze do sięgnięcie po Żonę piekarza. Dobra, zadziałała też trochę cudna okładka (jestem wzrokowcem, nic na to nie poradzę) i przedmowa z poprzedniej książki (o czym pisałam tu).

Fabuła jest już chyba większości z Was znana. Do małej prowansalskiej wioski wprowadza się piekarz z piękną żoną (naprawdę Piękną, nawet przez duże P, w całej wiosce nie znalazłby się mężczyzna, który miałby odmienne zdanie). Niestety, uroda w tym przypadku poważnie szkodzi, przynajmniej jeśli spojrzeć na postać piekarza, bo właśnie dzięki niej na piekarzową zwraca uwagę pasterz. A ta nie wahając się ani chwili postanawia z nim uciec. Dość naiwne, prawda?

No właśnie, ja też tak myślałam. I w gruncie rzeczy jest tak naiwnie przez cały utwór. Nagle wszelkie waśnie przestają być ważne, sąsiedzi skłóceni z dziada pradziada zaczynają żyć w cudownej zgodzie, a wszystko tylko po to, by odnaleźć piekarzową, sprowadzić ją do wioski i odzyskać chleb o cudownym smaku i zapachu, którego pieczenia zrozpaczony mąż odmówił. Tylko, że ta naiwność w tym przypadku jest tak cudownie urocza, że ja nie potrafię się nią nie zachwycić. Tym bardziej, że Pagnol tu i tam dorzuca jakieś mądrości, nie robiąc tego wcale na siłę, tak jak to czasem bywa.

Dodatkowo dramat poprzedza zaledwie kilkustronicowa opowiastka, pisana prozą, także o pewnym piekarzu i jego żonie, która posłużyła autorowi za wzór, impuls do stworzenia tego utworu. Opowiastka ta, choć złączona z głównym dramatem postaciami, jest zupełnie odmienna, ale w swojej odmienności także zachwyca.

Krótka to książeczka, nie zajmuje wiele czasu, ale zapewniam - sprawi, że wielokrotnie, mimowolnie uśmiechniecie się podczas czytania, zrobi Wam się błogo i ciepło na sercu, a końcowa rozmowa piekarza z kotką wywoła nieustający zachwyt i wzruszenie. Dokładnie tak było ze mną.

Marcel Pagnol, Żona piekarza, Kraków, Wydawnictwo Esprit 2010.

czwartek, 04 sierpnia 2011

Ci którzy mnie znają oraz ci którzy zaglądają tu dość regularnie wiedzą już jak wielką niechęcią darzę historię. Daty, nazwiska, przebieg wydarzeń… dla mnie to wszystko czarna magia, której za nic nie potrafię opanować. Po książki historyczne staram się nie sięgać.

Łapiąc za Hyperversum spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Nie sądziłam, że znajdę w niej dokładną datę ostatecznej bitwy między Anglią i Francją. Nie sądziłam, że poznam nazwisko jednego z najpotężniejszych feudałów francuskich. A jednak. Znalazłam, poznałam, a mimo to nie zniechęciłam się i nie rzuciłam książki w kąt po kilku rozdziałach. Mało tego, fabuła stworzona przez Randall, a opierająca się na faktycznych wydarzeniach historycznych, wciągnęła mnie właściwie od pierwszej strony.

Hyperversum to gra rpg, która dzięki wizjerowi 3d, okularom oraz rękawiczkom ze specjalnego włókna pozwala na całkowite zatopienie się w wybranej przez siebie rozgrywce. W wyniku awarii systemu szóstka przyjaciół zatapia się w niej tak bardzo, że naprawdę trafia do XIII-wiecznej Flandrii, w której polegając już tylko na własnej wiedzy i umiejętnościach zmuszeni będą jakoś sobie radzić.

Randall stworzyła fantastyczną opowieść o przyjaźni zdolnej do każdych poświęceń, miłości potrafiącej przetrwać próbę czasu i wierności własnym przekonaniom. Wmieszała w to wszystko kwestie naszego przeznaczenia, zasiała ziarno niepewności zmuszające nas do zastanowienia się nad tym czy na pewno znajdujemy się we właściwym miejscu i czasie, jak nam się do tej pory wydawało. A osadzając akcję powieści w XIII-wiecznych realiach, dodając szczyptę intrygi i zdrad planowanych z zimną krwią, udało jej się stworzyć niesamowity klimat.

Oczywiście, że widzę też pewne niedociągnięcia, jak chociażby to, że studenci z XXI wieku częstokroć wymachują mieczem lepiej niż niejeden średniowieczny rycerz uczący się tego od najmłodszych lat. Ale proszę, wskażcie mi książkę, która nie posiada żadnych niedociągnięć. Zwłaszcza przy takich gabarytach.

Hyperversum to świat, z którego naprawdę ciężko jest wracać, ciężko się z nim żegnać, dlatego mam nadzieję, że czyniąc zakończenie takim jakie jest Randall nie każe mi się żegnać na zawsze ze stworzonymi przez siebie bohaterami.

Ocena: 5/6

Cecilia Randall, Hyperversum, Kraków, Wydawnictwo Esprit 2011.

czwartek, 03 lutego 2011

Zaczęło się naprawdę dobrze. Pagnol niemalże rozkochał mnie w swoim pisarstwie już samą przedmową porównując pisanie dramatu z pisaniem prozą, opisując czytelnika, który jest prawie zawsze przyjacielem. Poszedł wybrać książkę, wziął ją do rąk, zaprosił do siebie. Będzie ją czytał w ciszy , siedząc w ulubionym kącie*, dalej jednak zaznacza też, że ten czytelnik-przyjaciel wcale nie musi danej książki polubić. I tak było ze mną, choć początkowo myślałam, że rozpłynę się w zachwytach jak cała reszta czytelników.

Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki to dwa pierwsze tomy cyklu Wspomnienia z dzieciństwa, które pierwotnie wydane były jako dwie osobne książki, co musiało być dla czytelników bardzo niewygodne ze względu na to, że między tymi dwoma utworami nie ma wyznaczonej wyraźnej granicy, stanowią one jedność i gdyby nie swego rodzaju karta tytułowa Zamku mojej matki w życiu nie domyśliłabym się, że Chwała mojego ojca już się skończyła.

Wszystko zaczyna się od spotkania rodziców Marcela, okoliczności jego porodu, dopiero potem autor sprawnie przechodzi do czasów, które już sam mógłby pamiętać. Do czasów swojego szczęśliwego dzieciństwa spędzonego na południu Francji. I tak razem z kilkuletnim Pagnolem mamy okazję towarzyszyć cioci Róży w spacerach, a zwłaszcza w tym spacerze na którym poznaje przyszłego męża, śledzimy również okazyjne zakupy jego ojca Józefa. Odkrywamy jego pierwsze fascynacje literackie znajdujące odzwierciedlenie w zabawach z bratem Pawełkiem. I wreszcie razem z tym niesfornym chłopcem spędzamy pierwsze wakacje na Wzgórzu, udajemy się na pierwsze polowanie, poznajemy jego pierwszego prawdziwego przyjaciela i tak samo mocno pragniemy uniknąć powrotu do szkoły posuwając się nawet do ucieczki z domu.

Niby wszystko piękne, ładnie. Jest to ciepło, dziecięca naiwność, która sprawia, że od czasu do czasu zdarzyło mi się uśmiechnąć i ta sielankowość, która, trzeba przyznać, zostaje jednak trochę zaburzona w końcowych rozdziałach. I brak tylko jakiegoś polotu, czegoś co by tą książkę w moich oczach wyróżniło na tle tylu innych. Zabrakło u mnie jakiegokolwiek stopnia wciągnięcia, a tym samym emocji, które tak sobie cenię przy czytaniu. I o ile pierwsza część okazała się jeszcze w miarę interesująca, o tyle druga w pewnym momencie zaczęła mnie zwyczajnie nudzić, bo droga pokonywana przez bohaterów co chwilę, mimo, że stała się stounkowo krótsza i z powodu nowych postaci na niej spotykanych powinna stać się ciekawsza mnie wymęczyła tak, że chciałam, aby Bouzigue zabrał im wreszcie ten klucz ułatwiający drogę. Całość dokończyłam raczej z poczucia obowiązku niż z ciekawości i szczerze wątpię bym sięgnęła po kolejne tomy cyklu jeśli zostaną wydane.

Cóż, widocznie nie moja bajka. I tylko przedmowa skłania mnie ku temu, by sięgnąć po tak głośną już Żonę piekarza, bo może faktycznie Pagnol w dramacie wypada dużo lepiej.

Ocena: 3,5/6

Marcel Pagnol, Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki, Kraków, Wydawnictwo Esprit, 2010.

*Tamże, s. 11.

***

Został mi już tylko jeden egzamin, ciężki, bo ciężki, ale mam cały tydzień na naukę, a perspektywa dwóch wolnych tygodni dodatkowo mnie do niej motywuje. Cała reszta już pozaliczana, ze wszystkim jestem do przodu, więc powoli zaczynam wracać do czytania dla czystej przyjemności. Jakie to miłe uczucie... ;)

niedziela, 21 listopada 2010

Wyjątkowo rzadko przy dzieciach poruszamy temat śmierci. Ciągle wydaje nam się, że są zbyt młode i zbyt zdrowe, że temat śmierci ich nie dotyczy, że choroby powinny omijać je wielkim łukiem. Jak wielkim ciosem jest gdy nagle ten zbyt młody i zbyt zdrowy przecież człowiek okazuje się nieuleczalnie chory, a my, dorośli, nawet nie potrafimy z nim o tym porozmawiać, bo jak w takiej sytuacji znaleźć odpowiednie słowa?

Franny za niedługo ma skończyć szesnaście lat. Jest więc w wieku, w którym nasze życie powoli się naprawdę zaczyna. Z dziecka zaczynamy stawać się młodymi dorosłymi, stajemy przed pierwszymi samodzielnymi decyzjami (chociażby tą dotyczącą wyboru liceum), czają się też na nas wszelkie pokusy, więc nie jest wcale kolorowo, ale mimo tego jest przecież pięknie. A życie Franny właśnie się skończyło. Wszystko zostało jej odebrane przez Muki, bo tak na własne potrzeby nazwała mukowiscydozę, chorobę, która uniemożliwiła jej przejście w dorosłość. I Franny o tym wszystkim nam opowiada. O tym jak dowiedziała się o chorobie, jak trudno było jej się z tym pogodzić i jak to jest po drugiej stronie. I opowiada o ludziach i o tym jak jesteśmy bezmyślni. O samobójcach, którzy odbierają sobie rzecz dla Franny tak cenną. O ludziach płaczących na pogrzebach, chociaż dusza w drodze do nieba tak bardzo chciałaby widzieć uśmiechy. Na twarzach swoich bliskich. O tym jak nie doceniamy życia, nie potrafimy się cieszyć drobnostkami i wciąż myślimy, że tyle jeszcze życia przed nami. I opowiada o przyjaźni, pięknej przyjaźni, silniejszej niż śmierć, takiej o której marzy każdy z nas.

I mogłoby być pięknie, tyle, że niestety w moim mniemaniu porównanie jakiejkolwiek książki do Małego Księcia, który dla mnie jest absolutnym mistrzostwem, do czegoś jednak zobowiązuje i automatycznie podnosi moje wymagania. W ogóle strasznie drażni mnie porównywanie do Małego Księcia każdej książki z dzieckiem w roli głónej. Ja wiem, że to automatycznie zwiększa krąg potencjalnych odbiorców, a tym samym zyski, ale podnosi tym samym poprzeczkę i to bardzo wysoko i wielu czytelników może się zawieść. Swoją drogą ja sama powinnam chyba przestać wierzyć w te porównania, bo tylko się potem niepotrzebnie denerwuję.

Wracając do Najdalszej podróży denerwował mnie styl, moim zdaniem zdecydowanie zbyt dziecinny jak na piętnastolatkę, z wtrąceniem tu i ówdzie znów zbyt dorosłych wyrażeń. Choć całkiem możliwe, że po prostu się nie znam. Tyle tylko, że ja też miałam te piętnaście lat i to wcale nie aż tak dawno, a wokół siebie miałam mnóstwo rówieśników i po prostu wiem, że ludzie w tym wieku tak nie mówią, nie piszą, nie zachowują się. Druga sprawa, miałam niestety wrażenie, że autorka stara się poruszyć zbyt wiele naprawę ważnych kwestii na jednej stronie i to, co w moim odczuciu powinno być omówione szerzej zostało skrócone do dwóch, trzech zdań. Szkoda, bo książka naprawdę miała wielki potencjał i pewnie gdyby nie to moje nastawienie to książkę oceniłabym naprawdę wysoko. A tak niestety oceniam ją jako lekturę dobrą, naprawdę dobrą, ale niestety nie zachwycająca, nie powalającą. Choć może kiedyś zdecyduję się do niej wrócić. Z innym już podejściem, z innymi wymaganiami, może wtedy zachwyci.

Ocena: 4/6

Constanze Kopp, Najdalsza podróż. Krótka opowieść o życiu i umieraniu. Kraków, Esprit, 2010.

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+