czwartek, 17 maja 2012

Opowiadaczka filmów brzmi dziwnie. Zwłaszcza, gdy pomyślimy o tym, że dla kogoś funkcja ta może stać się pewnym źródłem utrzymania. Bądźmy szczerzy, ilu z nas zrezygnowałoby dziś z wizyty z kina, na rzecz dziewczynki, która posługując się jedynie gestami, mimiką twarzy, kilkoma ręcznie zrobionymi rekwizytami oraz słowem próbowałaby nam ten sam film opowiedzieć? Inna sprawa, ilu z nas byłoby w stanie opowiedzieć choć jedną scenę z filmu pełnego akcji, w taki sposób, by ruszyć publiczność, by uchwycić każdy najmniejszy szczegół, by ludzie chcieli nas słuchać?

Maria Margarita opanowała tą umiejętność niemal do perfekcji. Stała się najpierw najlepsza opowiadaczką w swej rodzinie, potem w całej wiosce i mogłaby żyć z tego zajęcia do końca swych dni, gdyby nie pewne, dla niej tragiczne w skutkach wydarzenie.

Obok opisu rozwoju jej kariery jako opowiadaczki filmów, dowiadujemy się też prosto z ust Marii Margarity właściwie o jej całym życiu. O odejściu matki, kalectwie ojca, jej czterech braciach czy starszym kochanku, który w najgorszych chwilach pomógł jakoś jej przetrwać. 

Króciutkie rozdziały, prosty styl, brak zbędnych opisów. To wszystko sprawia, że Opowiadaczkę filmów pochłania się niemalże błyskawicznie, ale też pozbawia ją możliwości dostarczenia jakichkolwiek głębszych emocji. Sprawia, że nie porusza nas już śmierć, nie oburza gwałt, nie cieszy sława. Tego mi tu trochę zabrakło, to uważam za największy minut powieści, ale mimo wszystko myślę, że po książkę warto sięgnąć. Bo od zawsze wierzę w to, że trzeba mieć talent, by nie ulec pokusie nadmiernego rozgadania się i żeby w niewielu słowach zawrzeć jednak tak wiele. 

Hernán Rivera Letelier, Opowiadaczka filmów, Warszawa, Muza SA 2012.

wtorek, 15 maja 2012

Będzie krótko, ale pochwalić się przecież muszę. W końcu po wielu wahaniach, po wielokrotnych zmianach decyzji dotarłam na Warszawskie Targi Książek. W bólach, z prawie dwugodzinnym opóźnieniem (za to drogę powrotną miałam pół godziny krótszą!), ale zdecydowanie było warto tłuc się tyle kilometrów. Choć nadal jestem zdania, że te tłumy (a w tym roku na Targi zawitało ponoć ok. 40 tysięcy osób!) i duchota strasznie mnie przerażają, kolejki ustawiające się błyskawicznie do znanych autorów też. Żałuję straszliwie, że część z tych autorów do których serce moje się rwie była obecna na Targach w niedzielę, kiedy ja już wracałam do Wrocławia.

Ale cieszę się bardzo ze spotkania z Jolantą Kwiatkowską i cieszę się z autografu zdobytego dla mnie przez Engę od Jarosława Kreta, na spotkanie z którym przez to fatalne opóźnienie niestety nie zdążyłam. Choć chyba najbardziej cieszę się ze spotkania z blogerami i ciężko mi ukryć, że chyba głównie w tym celu tam jechałam.

To cudowne móc wreszcie poznać ludzi, których się czyta od dawna. Bałam się troszkę tego spotkania, nie powiem, że nie, w końcu konfrontacja na żywo może czasem wyjść sztucznie, ale głupia byłam, że się bałam, bo to cudowni ludzie i naprawdę czułam się, jak wśród swoich, jakbym znała ich od lat. Dziękuję wszystkim razem i każdemu z osobna: Kalio, Edith, Endze (której dodatkowo dziękuję za to, że miałam gdzie się podziać ;)), Lenie, Robertowi, Kasi.eire, Prowincjonalnej nauczycielce. Jesteście absolutnie niesamowici! 

Dziękuję też gorąco pracownikom Świata Książki, za ciepłe przyjęcie na Waszej imprezie i za ogólne potraktowanie nas, blogerów w taki sposób, że ja, jako zwykła, szara, na co dzień pewnie niewidzialna blogerka, choć przez chwilę poczułam się, jak osoba naprawdę ważna i na to czytelnictwo choć trochę wpływająca. Ach, i za możliwość poznania Tomasza Jachimka serdecznie dziękuję, bo inaczej pewnie nie miałabym okazji do zamienienia z nim choć kilku słów.

[od lewej: Lena, Edith i ja]

[od lewej: Kasia.eire, Kalio, Enga, ja i Dagmara]

[od lewej: Kalio, Kasia.eire, ja i Prowincjonalna nauczycielka]

poniedziałek, 14 maja 2012

Życie Emily wydaje się być tak typowe, że aż nudne. Po zniknięciu matki, mieszka i zdaje się opiekować własnym ojcem, pomaga siostrze Agacie w domu dziecka, założonym przez jej prababkę, studiuje i pisze pracę na temat żywotów świętych. Właściwie można by przyjąć, że jest wzorem godnym naśladowania. A jednak, ma jedną dość dziwną przypadłość, mianowicie zbiera wycinki dotyczące kobiet-zbrodniarek. Już samo to może brzmieć groźnie, ale, gdy ją poznajemy w dodatku w jej domu zaczyna się dziać coś dziwnego. Dziewczyna czuje, że ktoś ją śledzi, że ktoś ją obserwuje, a różne przedmioty nagle, podczas jej nieobecności, zaczynają zmieniać miejsce. Zaś niedługo później pojawia się u niej dawno zapomniany kuzyn Santiago, z którym połączy dziewczynę żarliwe uczucie.

Akcja powieści toczy się powoli i leniwie. Na tyle leniwie, że były takie momenty, gdzie na chwilę traciłam czujność, a w powietrzu wręcz zaczynałam wyczuwać oszałamiający zapach melonów i rozgrzanych do czerwoności ulic Meksyku. I tylko od czasu do czasu autorka pozwalała sobie podnieść na chwilę napięcie, które zmuszało mnie do ponownego skupienia i przewrócenia kolejnych stron. 

Mimo tego pozornego rozleniwienia, książka ani nie nuży, ani nie dłuży się niepotrzebnie. Wręcz przeciwnie, troszkę się odprężamy, troszkę się odurzamy tymi zapachami i powoli, powoli zapoznajemy się z motywami zabójcy. Bo o tym, co się wydarzy i że ktoś koniec końców zginie, wiemy już od samego początku, a nawet wcześniej, bo przecież wystarczy spojrzeć na wymowny tytuł. Nie wiemy tylko kiedy dokładnie to nastąpi, kto się zabójstwa dopuści i dlaczego właściwie podejmie taką, a nie inną decyzję. 

Każdy rozdział jest oddzielony od kolejnego krótką notką o co rusz innej zabójczyni. Możemy się domyślać, że są to wycinki zbierane przez Emily i faktycznie mogą one nieco urozmaicać całość powieści, a jednak... Coś mi tu w nich nie zagrało i zastanawiam się, czy pełnią jeszcze jakąkolwiek inną funkcję prócz tej, właściwie dekoracyjnej. Początkowo próbowałam sobie je jakoś połączyć, może wspólnym motywem, może wspólną techniką, myślałam, że z samych tych notek coś się też ułoży, ale jednak mam wrażenie, że nie. Choć może coś istotnego zupełnie nieświadomie przeoczyłam. 

Jennifer Clement, Trucizną mnie uwodzisz, Piastów, Mała Kurka 2012.

czwartek, 10 maja 2012

Krzywda czyniona dzieciom jest chyba największą możliwą zbrodnią (zaraz koło krzywdy czynionej zwierzętom, no niestety, tak już mam). Sięgając więc po książki dotykające tego problemu z góry nastawiam się na sporo emocji, ściskanie w dołku, a czasem i płacz.

Bohaterką i jednocześnie narratorką Milczenia jest Malwina. Dziewczynka, wykorzystywana przez dziadka, na które to odchylenie najbliższe osoby zdają się przymykać oczy. A babcia, kojarząca nam się na ogół z miłością, troską i ciepłem, chroniąc samą siebie zdaje się tym bardziej pchać wnuczkę prosto w ramiona kochającego dziadzi. 

Uderza tu obojętność rodziców i brata, który zawsze był dla Malwiny największym oparciem. Ich odrzucanie prawdy, przymykanie oczu i uszu, lekceważenie problemu wstrząsa i stanowi chyba największy atut całej powieści, bo przynajmniej wywołuje emocje. Aż szkoda, że zdaje się być on tylko ledwie muśnięty i zastąpiony w większości sprawami, jak dla mnie, mniej znaczącymi.

Mimo wplecenia wątku molestowania seksualnego przez osobę z najbliższego otoczenia, autorka postanowiła jednak bardziej się skupić na życiu codziennym Malwiny. Na jej przyjaźni z Lizzy, która poniekąd pozwoliła jej, przynajmniej przez jakiś czas, na walkę z problemem, na oddalenia go, a w pewnym momencie i na całkowite zapomnienie. I to właściwie nie tylko poprzez rozmowę, zwierzenie się, podzielenie własnymi lękami z rówieśniczką, ale przez jej dosłowną osłonę, w dodatku zupełnie nieświadomą. 

Hanika wzięła też pod lupę, pierwsze, jeszcze właściwie dziecięce, zauroczenie, które w pewien sposób daje poczucie bliskości i bezpieczeństwa, ratuje przed całkowitym postradaniem zmysłów. Z tym, że tu mi pewne rzeczy też niestety nie zgrały. Już sam związek trzynastolatki ze starszym od siebie chłopakiem miał w sobie coś nierealnego. Ja wiem, że mało już mogę pamiętać z tego okresu, ale raz, że nie wydaje mi się bym w tym wieku miała ochotę się z kimkolwiek wiązać, a już tym bardziej spędzać noc z dala od domu, dwa, że szczerze wątpię w to, że szesnastoletni chłopak zawraca sobie głowę trzynastoletnią dziewczynką, będącą jeszcze niewinnym dzieciątkiem. Inna sprawa, zastanawiałam się jak to możliwe, że dwie osoby, których dzieli nie tylko płeć (wiem, to głupi stereotyp, ale facet zawsze kojarzy mi się z kimś większym), ale i w tym przedziale wiekowym akurat dość znacząca różnica nagle są tego samego wzrostu. Ale tu się już pewnie czepiam bez sensu. No i nie ukrywam, śmiać mi się chciało, jak padło określenie kochankowie. Przyjaciele, ok. Para, no czemu nie? Ale kochankowie?!

Wrócę jeszcze na chwilę do wieku Malwiny. Momentami miałam wrażenie, że nawet autorce ciężko było się trzymać tego, co sobie początkowo założyła. Bo początkowe założenie, o którym dowiadujemy się właściwie na pierwszej stronie, było takie, że Malwina ma lat trzynaście. Kilkanaście stron dalej nagle staje się jednak uczennicą liceum (może stąd to zrównanie wzrostem). Ja wiem, że w Niemczech system nauczania i te granice wiekowe odrobinę się różnią od naszych, ale chyba nie aż tak, żeby trzynastolatka chodziła do liceum?

Pomijając jednak całą resztę, nie podpasował mi też sam styl autorki. Niestety, mimo całej wagi poruszanego problemu, momentami czułam się jakbym czytała zwykły, najzwyklejszy pamiętnik nastolatki, w którym na pierwszym miejscu ustawia się całkiem niezłe, nieco starsze ciacho, do którego bohaterka rok wcześniej pałała nienawiścią nie do opisania, razem z przyjaciółką zresztą, której swoją drogą nie wie, jak ma opowiedzieć o tym co zaszło, podczas jej nieobecności..

Przykre to, ale nie ruszyło mnie zupełnie, a przecież powinno, prawda?

Beate Teresa Hanika, Milczenie, Warszawa, Nasza Księgarnia 2010.

wtorek, 08 maja 2012

Bo muszę, no po prostu muszę, bo... wiadomo, się uduszę! ;) Jakoś tak stosiki już dawno odpuściłam, z czego wynika, że już rzadko kiedy chwalipięctwo tu uprawiam, więc dziś sobie ulżę, a co :)

Dostałam takie maleńkie, udające książkę, cudeńko:

poniedziałek, 07 maja 2012

Gdy umiera tato Andzi jej życie staje się zupełnie inne. Nie tylko dlatego, że nagle z dnia na dzień, zaczyna w nim brakować jednej z najważniejszych osób. Także dlatego, że ta druga najważniejsza osoba, jej mama, się zmienia. Traci gdzieś radość życia, nie potrafi znaleźć sobie miejsca. I mimo wysiłków tak ciężko jest jej przywyknąć do tego, że z rodziny trzyosobowej nagle zrobiła się dwuosobowa, niepełna.

W ich domu już nie słychać śmiechu, skończyły się wspólne spacery do parku, a dni stały się w tak smutny sposób szare. 

Choć wiele straciła, w życiu Andzi jest coś, a także ktoś, kto pomaga jej trudny czas przetrwać. Coś, czyli tajemnica, którą tato dziewczynki powierzył jej tuż przed śmiercią. Ktoś, czyli Jeremiasz, chłopiec, który się nie odwraca, który z dnia na dzień potrafił stać się przyjacielem. 

- Mamo, dlaczego nie było końca świata, kiedy tatuś umarł? - zapytała niedawno, zamykając komiks, w którym bohater ratował Ziemię przed zagładą.- Był koniec świata, kochanie - odpowiedziała mama - Ale nikt poza nami tego nie zauważył.*

Mimo ciężkiego tematu, książka zdaje się nie przytłaczać smutkiem. Nie przyprawia o wzruszenie, raczej wywołuje pewną nostalgię. Tęsknotę na tym co ulotne, czego nie da się zatrzymać. Ale też zwraca uwagę na te wartości, które powinny być w naszym życiu ważne. Rodzinę, miłość, przyjaźń. I przypomina o tym, jak ważne są drobne sprawy życia codziennego, jak smaczny, świeży sernik czy uśmiech na twarzy ukochanej osoby. 

Tekst uzupełniają piękne ilustracje Emilii Dziubak. Już dla nich samych warto książeczkę choć przekartkować. A jak już się to zrobi, to uwierzcie mi, nie sposób będzie się z nią zapoznać w całości.

[źródło]

Barbara Kosmowska, il. Emilia Dziubak, Dziewczynka z parku, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012.

*s. 60-61.

sobota, 05 maja 2012

Jakub Winiarski, raczej ze zgrozą aniżeli radością z wykluczenia konkurencji, pisze o upadku dwóch innych czasopism z zakresu fantastyki: Science Fiction, Fantasy i Horror wydawnym przez Fabrykę Słów oraz Fantasy&Science Fiction, któremu patronuje Powergraph.

W swoim felietonie Jakub Ćwiek tym razem pisze o bohaterach komiksów, skupiając się zwłaszcza na naszych, rodzimych. I niestety chyba zaczynam obserwować u niego jakiś lekki spadek formy albo może zły dobór tematyki, bo zarówno ten, jak i ostatni jego tekst zupełnie do mnie nie przemówił i zabrakło mi tego swoistego, odrobinę kpiącego poczucia humoru.   

Michał Chudoliński przybliża czytelnikom kto jest kim w Avengersach, a także pisze króciutko o najlepszych odcinkach komiksów tejże serii oraz genezie jej powstania. 

Kolejna gratka dla fanów serialu Gra o tron (choć właściwie nie tylko, bo i ja czytałam bo z zainteresowaniem), w postaci wywiadu z Nikolajem Coster-Waldauem, wcielającego się w rolę Jaime Lannistera. Aktor zdradza czy czyta kolejne tomy serii, w jaki sposób stara się jak najlepiej wcielić w swoją rolę oraz... po stronie którego rodu prywatnie stoi. 

Jerzy Rzymowski przedstawia nam krótki przegląd twórczości Tima Burtona, od którego przysięgam zachciało mi się pooglądać coś tego reżysera. Może to dobra pora na poznanie Edwarda Nożycorękiego? Albo Demonicznego Golibrody z Fleet Street?

Z okazji niedawnej polskiej premiery w najnowszym numerze znalazło się też miejsce na wywiad z Celią Friedman, która ponoć często, ze względu na swój styl i podpisywanie się tylko inicjałami (C.S.Friedman) często brana jest za... mężczyznę!

Z opowiadań (tym razem trzech) szczególnie polecam świetny tekst Po drugiej stronie oka, będący jednocześnie papierowym debiutem Jacka Wróbla. Historia Marcina, nękanego i bitego przez własną żonę, w której wnętrzu czai się, że tak to ujmę, czyste zło, strasznie wciąga. 

W kolejnym odcinku Rad dla piszących Sullivan przybliża zagadnienie tempa akcji, czyli wyjaśnia co należy zrobić, aby utrzymać uwagę czytelnika, nie zanudzić go, ale i jednocześnie nie zamęczyć zbyt prędkim rozwojem wydarzeń.

Rafał Kosik pisze o tym czy science-fiction jest jeszcze w ogóle komuś potrzebne, skoro okazuje się, że im lepiej napisane, tym mniej znajduje odbiorców. Podpowiada też odrobinkę jak pisać, by tych potencjalnych czytelników raczej zachęcać niż zniechęcać.

To i trochę więcej, a także jak zwykle, dużo, dużo recenzji książek, filmów, komiksów i gier czeka na Was w najnowszym numerze NF. Zachęcam więc do sięgnięcia po czasopismo, a nieprzekonanych na zapoznanie się chociażby z fragmentami, może one będą w stanie Was zachęcić.. 

piątek, 04 maja 2012

Jakże mnie bolą ceny książek! Z dnia na dzień coraz bardziej, mam wrażenie. Tak się ostatnio zaczęłam zastanawiać, kiedy to ostatni raz kupiłam jakąkolwiek książkę w zwykłej księgarni, po cenie okładkowej, i... za nic nie mogę sobie przypomnieć! Owszem, kupuję nadal dużo (choć jednak coraz mniej), ale na allegro i w taniej książce. Nieustannie poluję również na różnego typu promocje, a to na stronach wydawnictw, a to księgarni. I okazuje się, że tu też nie jest wcale tak kolorowo, bo kuszące wyprzedaże do minus, okazują się bardziej do niż -80%, a przecena z 45 zł na 39,99 zł wcale już kusząca nie jest.

I są takie książki, do których nie tylko serce moje, ale i rączki się wyrywają, już od momentu, gdy ujrzę je w zapowiedziach. Są tacy autorzy, których potrafiłam zawsze kupować w ciemno, po książki których leciałam, łamiąc niemalże nogi po drodze. A dziś? Zaciskam zęby i nie kupuję, bo... zaczynam przeliczać to na różne inne rzeczy. Wiem, to podłe, a ja jako prawdziwy książkoholik powinnam robić raczej na odwrót, chleb od ust odejmować, byle mieć na tę książkę tak przeze mnie wyczekaną. A jednak nie. Zaciskam zęby i przeczekuję. Czekam na promocję, na wyprzedaż, na to, aż będę mogła ją kupić używaną, ale o połowę tańszą. Czekam. Na urodziny, na imieniny, na każdą inną okazję, bo może ktoś akurat będzie miał ochotę mi ją podarować. Zwyczajnie szkoda mi wydać 40 zł, na 300 stron w miękkiej okładce. 

Inna sprawa, że kupując kilka takich książek miesięcznie musiałabym zarabiać kokosy. Ale ja nie tylko o sobie mówię. Bo patrzę na przeciętnego człowieka i wiem co on zrobi, gdy stanie przed wyborem: obiad dla całej rodziny czy książka. Patrzę na przeciętnego człowieka, który nie ma pojęcia o wielu księgarniach taniej książki i wiem dlaczego sprzedaż z roku na rok spada.

Ja rozumiem te wszystkie mechanizmy, wiem co mniej więcej składa się na cenę książki, przecież od trzech lat mnie o tym uczą, wiem ilu osobom musi coś tam z każdego jednego egzemplarza skapnąć. Swoją drogą pewnych rzeczy nie rozumiem... No bo jeśli na przykład 50% ceny książki stanowi dystrybucja to dlaczego kurde blaszka, kupując tę samą książkę bezpośrednio na stronie wydawcy cena różni się 2-3 zł, co i tak się czytelnikowi nie opłaca, bo musi dopłacić 10 za przesyłkę?

Pewnie stojąc po drugiej stronie, patrzyłabym na to wszystko zupełnie inaczej. Pewnie wtedy te 40 zł byłoby dla mnie naprawdę niewielką sumką. Dziś jednak stoję po stronie zwykłego czytelnika, patrzę na to, jak ceny książek z dnia na dzień rosną i jak ich sprzedaż z dnia na dzień maleje. Patrzę na to zamknięte koło i jest mi zwyczajnie przykro.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+