poniedziałek, 20 października 2014

Tajemnica mojej matki to oparta na faktach historia opowiedziana z perspektywy czterech zupełnie różnych i pozornie obcych sobie ludzi. Heleny, która wraz z matką Franciszką podczas wojny dawała nie tylko schronienie, ale chyba przede wszystkim nadzieję na przetrwanie tego okrutnego czasu. Vilheima, młodego Niemca, przydzielonego do patrolowania getta, który bojąc się przerzutu do Rosji, prosi o pomoc Franciszkę. Małego Mikołaja, syna lekarza-Żyda. Lekarza przed wojną poważanego, a w jej trakcie przeznaczonego, podobnie jak reszta narodu, jedynie do odstrzału. Oraz Bronka, mężczyzny, który z powodu śmierci ojca zbyt wcześnie przestał być chłopcem, a stał się głową rodziny, odpowiedzialną za matkę i młodszego brata Dawida. Wszyscy oni w pewnym momencie zamieszkują jeden dom; ci, którzy się ukrywają nie wiedzą nawzajem o swoim istnieniu. Powieść Jenny L. Witterick powstała na podstawie prawdziwej historii Franciszki Halamajowej i jej córki Heleny, odznaczonych tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Obydwie dzień po dniu ryzykowały życie nie tylko ukrywanych u siebie osób, ale przede wszystkim swoje własne. Na pewno nie było im łatwo, a do codziennego strachu przed zdemaskowaniem dochodziły jeszcze osobiste tragedie. 

To opowieść o odwadze, która nie potrzebuje poklasku i bohaterskich czynach, które jednak zostały docenione dopiero wiele lat później. O dwóch kobietach, które potrafiły zachować ludzką twarz, w czasie, gdy znacznie łatwiej było ją odwrócić w drugą stronę.

Są trzy rodzaje ludzi na świecie, Helenko. Jedni zobaczą rannego kota na ulicy i nie poświęcą mu choćby jednej myśli. Drudzy spojrzą na kota i powiedzą do siebie: "Jaki biedny kotek", a potem pójdą i będą się dalej zajmować swoimi sprawami. Ale jest i trzeci rodzaj ludzi. Ci, kiedy widzą cierpienie, współczują i idą o krok dalej: niosą pomoc.*

Choć sama historia Franciszki Halamajowej porusza i warto o niej przypominać, choćby za sprawą książek takich jak ta, to w tym konkretnym przypadku zabrakło mi większych emocji. To opowieść, która powinna poruszyć do głębi, a choć Tajemnica mojej matki napisana jest sprawnie, to jednak, mam wrażenie, że całość wydarzeń opisana jest dość powierzchownie. Autorka ślizga się po powierzchni, niby pisze o emocjach bohaterów, ale nie wnika w nie, czytelnik zupełnie nie czuje ich tęsknoty, niepewności, lęków, smutków czy przerażenia. Można pisać o miłości, ale nigdy jej nie przeżyć i w tym opisie czuć będzie pewną nieszczerość, tak właśnie miałam czytając powieść Jenny L. Witterick.

Myślę jednak, że ta powierzchowność jest też jednocześnie zaletą. Witterick nie epatuje brutalnością, a całość wydarzeń uderza w czytelnika z niewielką mocą, co sprawia, że jej książka idealnie nada się dla młodszej młodzieży. Gotowej poznać losy wyjątkowych ludzi, odznaczających się nieludzką wręcz odwagą, a jednocześnie być może jeszcze nieprzygotowanych na to, by zmierzyć się z okrucieństwem, którego nie można porównać do niczego innego.

Jenny L. Witterick, Tajemnica mojej matki, Poznań, Dom Wydawniczy Rebis 2014

*s. 55

poniedziałek, 13 października 2014

Włochy na ogół kojarzą nam się z pięknym słońcem, spowolnionym trybem życia, pysznym jedzeniem i ogólną sielanką. Książek z akcją osadzoną w tym pięknym kraju powstało mnóstwo, tych opowiadających o przeprowadzce do Toskanii można by pewnie wymieniać bez końca. I jakoś w tym całym zachwycie nad cudną Italią zapominamy o tym, że i tam nie brakuje biedy i dzielnic, które określilibyśmy po prostu jako slumsy. Jedno z takich miejsc przybliża Silvia Avallone.

Dzielnica biedy w mieście Piombino nie napawa nadzieją. Życie mieszkańców skupione jest wokół huty Lucchini, miejsca pracy wielu mężczyzn i źródła utrzymania wielu rodzin, które chyli się ku upadkowi. Toskania, dotąd kojarzona z feerią barw i cudownymi, wręcz odurzającymi smakami i zapachami, tym razem odurza w zupełnie inny sposób. Anna się tutaj urodziła, wiedziała jednak, że walające się po ziemi papiery, niedopałki, a czasem strzykawki to zły znak. Że wszyscy sikają pod słupami: psy, dzieciaki i ćpuny. Że smród aż zatyka. Że człowiek, który wstrzykuje sobie działkę heroiny w ramię albo w szyję na oczach dzieci, to nie jest ładny widok. Tylko że opluwać to wszystko, to jakby opluwać samego siebie*.

W tej pozbawionej kolorów rzeczywistości swoje miejsce próbują znaleźć główne bohaterki Avallone, dwie nastolatki, właściwie już nie dziewczynki, ale jeszcze nie kobiety, przyjaciółki od zawsze i wydawałoby się na zawsze, które korzystając z uroków własnych ciał przyciągają wzrok, szukają czułości i głęboko wierzą w to, że pewnego dnia uda im się wyrwać na Elbę, wyspę położoną całkiem blisko, a jednak tak odległą jak tylko można sobie wyobrazić. Co znaczy dorastać w kompleksie czterech bloków, z których odpadają kawałki balkonu i azbestu, na podwórku, gdzie dzieci bawią się obok dealujących chłopców i cuchnących starych bab? Jaką wizję świata tworzy sobie człowiek w miejscu, gdzie nie wyjeżdżać na wakacje, nie wychodzić do kina, nie mieć pojęcia o świecie, nie przeglądać gazet, nie czytać książek to rzecz normalna i tak jest dobrze? One odnalazły się w tym miejscu i wzajemnie wybrały**.

Los Anny i Franceski znacznie się jednak skomplikuje, gdy jedna z nich zapragnie czegoś więcej, a druga będzie tego szukała zupełnie gdzie indziej, gdy nagle staną przed wyborem miłość czy przyjaźń?, i gdy w pewnym momencie ciężko im będzie te dwa uczucia rozdzielić. A jeszcze ciężej połączyć.

Stal to nie tylko ukazanie relacji dwóch dziewczynek żegnających dzieciństwo i wkraczających w dorosłość, w miejscu, w którym nikt nie chciałby się znaleźć. Dorosłość może zbyt szybką, może zbyt wymagającą, ale też wyczekiwaną z wielką niecierpliwością. To też pokazanie powolnego upadku tego, co wydawało się pewne. I ukazanie dwóch rodzin, ciężkich warunków w domu, z którego jak najszybciej chce się uciec. Zestawienie dwóch matek, z których jedna na córkę nie zwraca uwagi, druga zaś chce swoje dziecko chronić, ale nie potrafiąc tupnąć nogą i bojąc się konsekwencji zmiany obecnej sytuacji, wyraża milczącą zgodę na jego cierpienie. I dwóch ojców, z których jednego wiecznie nie ma w domu, a drugi jest w tym domu zbyt często. Rodzin, z których każda ma zupełnie inne problemy, odmienne relacje łączą ich członków, a jednak poziom nieszczęścia w wydawać by się mogło dwóch różnych, choć oddzielonych wyłącznie kilkonastoma schodami, miejscach jest całkiem podobny.

Avallone z powodzeniem plącze wątki i chronologię, robi zamieszanie w głowie czytelnika, uderza w niego krótkimi, dobitnymi zdaniami. Klimat jej powieści drażni, porusza, smuci, wywołuje wstręt, a momentami i niezrozumienie. Atmosfera jest tak gęsta i duszna, że mamy ochotę uciec od tego wszystkiego, odciąć się i na zawsze zapomnieć o Annie i Francesce, a jednak brniemy w to dalej, z głupim przekonaniem, że wszystko jeszcze może się zmienić. I z nadzieją, że będzie to zmiana na lepsze.

Silvia Avallone, Stal, Katowice, Sonia Draga 2013

*s. 46

**s. 35-36

wtorek, 07 października 2014

Ilekroć miałam problem z nauczeniem się czegoś na ważny sprawdzian lub egzamin, śmiałam się jaka szkoda, że pewnych rzeczy nie potrafię sobie przyswoić tak szybko jak przyswajam teksty piosenek. I niestety albo stety coś w tym jest, że ja się przecież naprawdę żadnych tekstów nie uczę na pamięć, nie wkuwam ich, nie usiłuję przyswoić sobie za wszelką cenę, one po prostu tak same... Jeśli tekst jest dobry, jeśli łatwo wpada w ucho, jeśli odpowiada mi melodia, to przy trzecim, piątym czy dziesiątym odsłuchaniu tej samej piosenki, zaczynam sobie pośpiewywać przynajmniej refren (choć nie, żebym śpiewać umiała).

Tego typu teksty tworzy Jacek Cygan. Kto z nas nie zna na pamięć choć refrenu piosenek Czas nas uczy pogody czy Łatwopalni? Kto nie kojarzy Zakazanego owocu i Laleczki z saskiej porcelany? A Dary losu, Dumka na dwa serca, Pokolenie? Też brzmią znajomo, prawda? Gdyby nie Jacek Cygan nigdy by pewnie nie powstały. Ale gdyby nie odpowiednie linie melodyczne mogłyby nie skraść naszych serc, a gdyby nie odpowiedni wykonawcy mogłyby i tak przejść bez echa. Wydawać by się mogło, że skoro słuchając tych utworów zapamiętujemy je w mig, tak samo łatwo i szybko przychodzą one do twórcy, że praca nad piosenką wcale nie jest czymś skomplikowanym. A jednak... zawód tekściarza to praca trudna i żmudna, wymagająca i polegająca głównie wcale nie na kontakcie z kartką, ale z innymi ludźmi. Czym innym bowiem jest tekst widoczny na papierze, czym innym okazuje się przy połączeniu z muzyką, a jeszcze zupełnie inaczej wypada przy pierwszym wykonaniu przez artystę, dla którego został napisany. Rzeczą niezwykle ważną pozostaje więc dobry kontakt, a nawet przyjaźń, ze wszystkimi osobami pracującymi przy powstaniu tego, czego my możemy później słuchać z niekłamaną przyjemnością.

Życie jest piosenką to nie jest biografia znanego tekściarza, to raczej zbiór połączonych ze sobą historii, krótkich migawek, wspomnień związanych z powstaniem największych hitów, ale też utworów mniej znanych, a z jakichś powodów ważnych dla ich autora. Jacek Cygan opowiada o początkach swojej kariery, o swojej współpracy z wokalistami i kompozytorami, o czasem bardzo trudnej drodze do powstania ostatecznej wersji piosenki. Wspomina sytuacje czasem zabawne, czasem mocno stresujące, czasem po prostu wzruszające. Jeśli chcecie poczytać o tym jak powstała piosenką dla pewnej pięknej, młodej i bardzo zdolnej wokalistki Edyty Geppert*, o tym, że Czas nas uczy pogody miał być zupełnie innym utworem i naprawdę powstawał w bólach, bo, jak pisze Jacek Cygan: pierwszy raz w życiu przydarzyła mi się sytuacja, że do muzyki, którą już "skonsumowałem" muszę pisać drugi raz. Okazało się, że jestem więźniem pierwszej wersji!**, albo jesteście ciekawi, która z piosenek i właściwie dlaczego powstała przez telefon, to po prostu sięgnijcie po tę książkę.

Pomysły na piosenkę lubią przychodzić nocą, dokładnie na granicy jawy i snu. To, co chowało się przede mną przez cały dzień, nagle zjawia się i mówi "Jestem!". Tylko, że moja świadomość właśnie zasypia. Resztkami sił zadaję sobie pytanie: zapamiętam do jutra czy zapomnę? Nauczony przykrym doświadczeniem, iż rano zamiast pomysłu na ogół mam w pamięci czarną dziurę, pokornie wstaję, idę do gabinetu, zapalam światło i zapisuję. Wracam do łóżka, wpadam w błogostan pierwszego snu i nagle trach! Zjawia się następny pomysł.***

Jacek Cygan, Życie jest piosenką, Kraków, Wydawnictwo Znak 2014

*s. 60

**s. 44

***s. 5-6

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 222
| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin
Google+