poniedziałek, 17 listopada 2014

Akcja Czarnych skrzydeł obejmuje ponad trzydzieści lat życia dwóch głównych bohaterek-narratorek. Szelma to czarnoskóra córka niewolnicy, od najmłodszych lat posłuszna swoim panom, wychowana w duchu całkowitej uległości, od dziecka przygotowywana do tego, by całe życie służyć innym. Sara to stojąca po przeciwnej stronie córka sędziego i właściciela plantacji, dziewczynka, która w dniu jedenastych urodzin dostaje dość nietypowy (albo może właśnie zupełnie typowy jak na tamte czasy) prezent: Szelmę. W tym dniu właściwie po raz pierwszy krzyżują się ich ścieżki, ścieżki wytyczone przez państwa Grimké, obowiązujące zasady i rzeczywistość, w jakiej przyszło im żyć, a na którą żadna z nich nie chce się zgodzić. To dwie dziewczynki, których losy zostały na zawsze połączone i które, chcąc czy nie chcąc, odegrają bardzo ważną rolę w życiu tej drugiej. 

Opierając się o faktyczne losy sióstr Grimké, o których większość z nas z pewnością nigdy nie słyszała, Kidd ukazuje początki abolicjonizmu i walki o prawa kobiet, tworząc przy tym obraz kobiet odważnych i gotowych do poświęcenia dla wyższego dobra. W każdej z bohaterek Czarnych skrzydeł w pewnym momencie rodzi się bunt, przeciwko niewolnictwu, przeciwko niesprawiedliwości, przeciwko niewłaściwemu traktowaniu płci pięknej, a przy tym słabszej i zupełnie w tamtych czasach lekceważonej. Bunt, który prowadzi do podejmowania czasem dość radykalnych kroków, do otwartej i momentami zupełnie samotnej walki z przekonaną o słuszności swoich czynów większością. W rewelacyjny sposób autorka pokazuje także to, że niewolnictwo nie jest wyłącznie fizycznym zniewoleniem; to przede wszystkim coś, co mamy w głowie. Można być pozornie wolnym człowiekiem, a mimo to pozwolić na zamknięcie się w więzieniu zbudowanym przez konwenanse, dać przykleić sobie etykietkę, przestać być sobą i całkowicie podporządkować się innym. Trzeba mieć w sobie niesamowicie dużo odwagi, silnej woli i chęci do chociażby podjęcia walki, żeby się z tych umysłowych krat wyrwać.

Była uwięziona, tak samo jak ja. Tyle że ona tkwiła w pułapce własnego umysłu, pułapce otaczających ją ludzi, a nie prawa. Pan Vesey mawiał podczas zgromadzeń w kościele afrykańskim: "Bądźcie ostrożni, byście nie zostali zniewoleni po dwakroć. Raz przez wasze ciała i raz przez wasze umysły".*

Rzeczywistość ukazana w Czarnych skrzydłach nie jest z całą pewnością (nomen omen) czarno-biała. To świetna powieść zestawiająca ze sobą dwa zupełnie różne światy: niewolników i właścicieli, przy czym żaden z tych światów nie jest ani lepszy, ani gorszy. Sue Monk Kidd pokazuje, że czasy niewolnictwa były trudne. Jednakże udowadnia też, że to nie był łatwy okres nie tylko dla samych niewolników, ale również dla ludzi, którzy musieli przyjąć ogólnie panujące zasady wbrew sobie i własnym przekonaniem. Którzy musieli stać się czyimś właścicielem, chociaż wcale tego nie chcieli. Którzy za sprzeciwienie się konwenansom często musieli ponieść wysoką, czasem zbyt wysoką cenę. I, którzy zaciekle walcząc o wolność dla innych częstokroć tracili własną. 

Warto przeczytać.

Sue Monk Kidd, Czarne skrzydła, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2014

*s. 270

wtorek, 11 listopada 2014

Rzadko robię odstępstwa od reguły najpierw książka - później film. W tym przypadku zostałam poniekąd zmuszona, bo zarówno na książkę, jak i na film, który powstał na jej podstawie miałam wielką ochotę, a zaproszenie do kina pojawiło się jako pierwsze. I to był błąd.

Film Hallströma jest kolorowy i smakowity, przepełniony pozytywną energią, sprawiający, że po seansie wychodzi się z pełnym uśmiechem na ustach i pobudzonymi śliniankami. Chyba podświadomie tego samego szukałam w książce i niestety... nie znalazłam.

Krótko o fabule. Całość historii rozpoczyna się w Bombaju, gdzie dziadek głównego bohatera i zarazem narratora, Hassana Haji, przybywa w 1934 roku, w poszukiwaniu lepszego życia. Tu właśnie zaczyna się poniekąd kulinarna przygoda rodziny Haji, początkowo od dostawy pudełek z lunchem, poprzez stragany na rowerach i ruchome bary z przekąskami, aż do przydrożnego namiotu z jedzeniem, który koniec końców zamienia się w betonowo-ceglaną restaurację, pozwalając na sukces i zgromadzenie całkiem niezłej sumki pieniędzy. Niestety, sukces nie zawsze idzie w parze z szacunkiem i sympatią otoczenia, przez co, krótko po śmierci Bapajiego, dochodzi do tragedii, która sprawia, że rodzina Haji postanawia wyjechać z kraju, trafiając najpierw do Londynu, później zaś do Lumière, niezwykle urokliwego francuskiego miasteczka, gdzie postanawiają osiąść na stałe. 

Właściwie tutaj dopiero Hassan zaczyna naprawdę spełniać się w kuchni, nie tylko doskonaląc już nabyte umiejętności, pogłębiając wrodzony talent kulinarny, ale też poznając tajniki kuchni francuskiej, zupełnie odmiennej od tej indyjskiej, która pozwoli mu na spełnienie marzeń i osiągnięcie mistrzostwa. 

Myślę sobie, że autor spokojnie mógł zakończyć powieść na tym właśnie etapie, w tym urokliwym miasteczku, gdzie rodzinie Haji przyszło początkowo walczyć z madame Mallory, niedopuszczającą do siebie nawet myśli, że naprzeciwko jej dwugwiazdkowej restauracji może stanąć coś równie ordynarnego jak lokal z indyjskim jedzeniem. Można było, dokładnie tak jak w filmie, znacznie skrócić ostatnią, paryską część, która nie wywołuje już żadnych emocji, a zwyczajnie nudzi, można było tylko krótko podsumować kolejne sukcesy Hassana, a nie rozciągać je w nieskończoność, sprawiając tylko, że książka zaczyna nużyć i wywoływać ciągłe pragnienie sprawdzania ile jeszcze zostało stron do końca.

Zabrakło mi w powieści tej miłości do dobrej kuchni, tej pasji gotowania, tych barw, smaków i zapachów, które widziałam przecież w filmie. Tu zwyczajnie tego nie czułam. Owszem, w książce Moraisa znajdziemy opisy potraw, ale jakieś takie... niekoniecznie sprawiające, że miałabym ochotę tego jedzenia spróbować. A już na pewno nie takie, że czułabym całą sobą aromat indyjskich przypraw, że oczami wyobraźni widziałabym te wyrafinowane francuskie dania. Mam wrażenie, że Podróż na sto stóp w wersji papierowej jest pozbawiona całej tej magii, którą czułam oglądając bohaterów na kinowym ekranie, że autor poniekąd zaniedbał warstwę kulinarną, tą, która powinna pobudzić zmysły czytelnika. Że skupił się bardziej na opisaniu drogi Hassana i poszczególnych etapów, które ten musiał przejść, aby osiągnąć mistrzostwo w kuchni, pomijając całą emocjonalną otoczkę procesu.

Film zatem chętnie obejrzę kiedyś raz jeszcze, do książki na pewno nie wrócę, co jednak stanowi miłą informację dla Was, bo chętnie oddam ją w dobre ręce. Na zgłoszenia czekam do poniedziałku (17.11) i... będę wdzięczna za polecenie lektur okołokulinarnych, które wywołają u mnie ślinotok. 

***

Dziękuję za wszystkie zgłoszenia i polecenie książek, część z nich znam, część nawet czytałam, ale niektóre są dla mnie zupełnie nowe, chętnie się za nimi rozejrzę.

Za poślizg przepraszam, oto wyniki losowania:

Jezyna22, gratuluję i proszę o podesłanie adresu, mam nadzieję, że książka będzie Ci się podobać.

poniedziałek, 03 listopada 2014

Jeśli tkwi w Tobie odrobina romantyczki, maleńka cząsteczka, która wierzy w to, że miłość zjawia się znikąd, potrafi wywołać w życiu prawdziwą rewolucję i jest w stanie pokonać każdą przeciwność losu, to ta powieść jest dla Ciebie. Jeśli jednak nie wierzysz w to ani trochę, to najprawdopodobniej nie znajdziesz tu nic dla siebie.

Eric Marshall właśnie otrzymał dyplom nauk humanistycznych, z najlepszą lokatą na wydziale*. W najbliższej przyszłości chciałby zająć się prowadzeniem interesów wraz z ojcem, los jednak sprawia, że poproszony przez przyjaciela przejmuje jego nauczycielskie obowiązki w pewnej szkole w miasteczku Lindsay, położonym na Wyspie Księcia Edwarda. W tym właśnie miejscu jego życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni za sprawą tajemniczej dziewczyny z sadu, niemej Kilmeny, którą dostrzega pewnego razu na spacerze, stając się jednym z niewielu ludzi w Lindsay, którzy ją widzieli**

To wydarzenie zapoczątkuje piękną znajomość, będącą źródłem ogromnej radości zarówno dla Erica, jak i Kilmeny, choć i odrobiny smutku los im nie oszczędzi. Spotkania w sadzie staną się jednak najmilszym akcentem dnia, tym momentem, na który obydwoje będą czekać z niecierpliwości, chwilą, która mogłaby się nie kończyć, podczas której żadne z nich nie czuje upływającego czasu.

Dziewczę z sadu to historia o miłości, tej pierwszej, słodkiej, niewinnej, ale zarazem na tyle silnej, że człowiek czuje się jakby mógł przenosić góry. I o rozczarowaniach, które to piękne uczucie nierzadko ze sobą przynosi. O potrzebie bycia z drugim człowiekiem wbrew wszystkiemu i wszystkim, o pokonywaniu przeciwności, kiedy się kocha i o tym, że jeśli się czegoś naprawdę bardzo pragnie, to można to osiągnąć.

Oczywiście, że jest słodko i niemal bajkowo. Oczywiście, że od samego początku czytelnik nie spodziewa się zakończenia innego niż cudowny happy end. Ale jest w tym wszystkim jakiś urok, a poza tym przecież to powieść kierowana głównie do nastolatek. Może więc gdybym poznała ją kilka lat wcześniej, to by mnie zachwyciła? Dziś już nie zachwyca, ale skłamałabym, gdybym napisała, że przeczytałam ją bez przyjemności. 

Lucy Maud Montgomery, Dziewczę z sadu, Warszawa, Wydawnictwo Egmont 2014

*s. 10

**s. 62

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 224
| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin
Google+