niedziela, 25 stycznia 2015

Rzadko, ale jednak zdarza mi się nie doczytać książki do końca. Mam wtedy ogromne wyrzuty sumienia, bo może jednak powinnam, bo może jednak końcówka by ją jakoś uratowała, zmieniła moje odczucia... Z drugiej strony ogromnie mi żal czasu, który straciłam na Kaszmirowy szal, choć przecież mogłam go poświęcić na coś znacznie lepszego.


Może powinna dać mi do myślenia ta nieco kiczowata okładka, może czerwień z opisu książki waląca po oczach powinna ostrzec, a jednak zignorowałam te sygnały. Bo Indie, bo podróż, bo odkrywanie tajemnicy z przeszłości, bo obietnica przygody, bo wielka miłość, bo egzotyczny Kaszmir, bo, bo, bo... Prawda jest taka, że koniec końców mam poczucie zmarnowanego czasu. Czytałam tę książkę przez prawie dwa tygodnie. Poczułam gdzieś tam w okolicach 50 strony, że to nie mój klimat, przy następnych 50 uznałam, że chyba nie dam rady, ale brnęłam dalej jak ta durna, bo może coś się rozkręci, bo może coś się zacznie dziać, bo może zaskoczy, wciągnie, a poza tym głupio tak zostawiać książkę rozgrzebaną i nieprzeczytaną. Cóż, jeszcze głupiej brnąć w coś, co nas męczy. W okolicach 350 definitywnie sobie odpuściłam i zachodzę w głowę dlaczego tak daleko.

Właściwie zaczyna się całkiem nieźle. W trakcie sprzątania rodzinnego domu po śmierci ojca Mair Ellis wraz z rodzeństwem natrafiają na przepiękny kaszmirowy szal i pukiel dziecięcych włosów. Dylan i Eirlys założyli już własne rodziny, mieli piękne i duże domy. Tylko Mair była sama*, nic więc dziwnego, że odnalezione pamiątki stały się doskonałym pretekstem do wyruszenia w podróż i odkrycia rodzinnych tajemnic... Dobry początek, prawda? Mogło być interesująco, prawda? Mogło mnie zmylić? Mogło. I zmyliło. Ale niestety, im dalej, tym gorzej...

Postacie stworzone przez Rosie Thomas są tak papierowe, tak strasznie schematyczne, tak mocno zrobione według jednego wzoru, że moim zdaniem bez sensu było wymyślanie im kilku różnych imion. Trzeba było wszystkie bohaterki nazwać tak samo i na jedno by wyszło, bo i tak trudno je rozróżnić. Jeden sposób myślenia, mówienia i działania... Kilka kobiet zlewających się w jedną, co gorsza, naprawdę nijaką osobę. Właściwie do samego końca musiałam chwilę się zastanowić, żeby odróżnić Mair od Myrtle, Myrtle od Nerys, a Nerys od Mair, masakra. Tak jak niczym nie różnią się bohaterki, tak właściwie nie ma różnicy czy akcja toczy się współcześnie czy w trakcie II wojny światowej. Owszem, w tym drugim przypadku ktoś tam na wojnę jedzie, ktoś tam wraca, ktoś ginie, a inny zostaje ranny, ale poza tym raczej bez różnicy. Trudno więc połapać się w bohaterach, trudno w czasie, trudno zrozumieć do czego to wszystko dąży, tym bardziej, że i samej historii, a właściwie dwóm splecionym w jedną historiom, zdecydowanie brakuje polotu. Ze strony na stronę moje zainteresowanie malało, aż w końcu doszłam do wniosku, że zupełnie nie obchodzi mnie skąd ten szal, czyje włosy Mair znalazła w kopercie i co się stało z Zahrą. 

Nijakie tło, nijakie postacie, nijaka historia. Nie polecam, a nawet, choć rzadko to robię, odradzam. Nie marnujcie czasu, który ja zmarnowałam, przeznaczcie go na coś lepszego.

Rosie Thomas, Kaszmirowy szal, Warszawa, Hachette Polska Sp. z o.o., 2013

*s. 13

środa, 21 stycznia 2015

Ma kilka imion, a może nie ma żadnego. Jest kimś wyjątkowo ważnym, przy czym jednocześnie jest nikim. Stoi po jednej stronie, po drugiej, po żadnej z nich, albo po środku. Nie wie kim jest, kim powinien być, choć wie kim być by chciał, ale przecież nie może, bo los wyznaczył mu inne zadanie. Rzucony w wir, w sam środek wojny, przybiera różne role, ma różne twarze, a każda z nich jest tylko maską. Nie chce być tam, gdzie jest, ale już nie może uciec. Musi się zdecydować, ale nie potrafi dokonać wyboru. Bez względu na to, jaką podejmie decyzję, nie ma już dla niego przyszłości.

Chciałbym koniecznie zadowolić jednych i drugich (żeby mnie oszczędzili), a ta podwójna gra wymaga odporności psychicznej, której nie ma. Więc napada mnie nagle chęć płaczu. Moja beztroska przechodzi w stan, który angielscy Żydzi nazywają nervous breakdown. Gubię się pośród labiryntu myśli i dochodzę do wniosku, że ci wszyscy ludzie, rozdzieleni na dwa przeciwstawne obozy, zmówili się potajemnie, żeby mnie zniszczyć. Khedive i porucznik są jedną i tą samą osobą, a ja sam jestem tylko przerażonym motylem latającym od jednej lampy do drugiej i za każdym razem opalającym sobie coraz bardziej skrzydła.*

Swing Trubadur, księżniczka Lamballe, Marcel Petiot... Człowiek o wielu obliczach. Prowadzący nas po zniszczonym Paryżu, poprzez galopadę myśli próbujący przybliżyć okoliczności, które doprowadziły go do obecnego miejsca, ale jednocześnie wrzucony w historię bez początku i bez końca. One zostają tylko w sferze domysłu.

Nie lubię strumienia świadomości, nie odnajduje się w tym typie narracji i nie inaczej było w przypadku Nawrotów nocy. Choć bohater stworzony przez Modiano wzbudza wiele skrajnych odczuć, choć historia człowieka rzuconego niemal bezwolnie w sam środek wojennych wydarzeń, może być interesująca i dla wielu czytelników pewnie będzie, dla mnie okazała się zbyt męcząca w odbiorze, a doczytanie jej do końca to chyba tylko efekt tego, że objętościowo jest naprawdę niewielka. Przy większej liczbie stron mogłabym po prostu nie podołać.

Patrick Modiano, Nawroty nocy, Kraków, Wydawnictwo Znak 2014

*s. 73

sobota, 17 stycznia 2015

Blog niecodzienny, mimo że przyjemny, jest dla mnie dowodem na to, że przeniesienie tego, co w internecie na papier, nie zawsze się sprawdza.

Notki z Bloga niecodziennego obejmują okres ośmiu lat, od września 2006 do lutego 2014 roku i dotyczą właściwie wszystkiego, co dzieje czy też działo się wokół, tego o czym było głośno i tego, o czym aż tak głośno nie było. Właściwie prawda jest taka, że każdy najdrobniejszy szczegół może być zaczątkiem kolejnego tekstu. A druga prawda jest taka, że to, co staje się zaczątkiem nie zawsze jest głównym tematem, bo mimo tego, że zapiski nie powalają długością, to Czubaszek niejednokrotnie zaskakuje zaczynając od jednego, a na zupełnie czym innym kończąc. 

Mamy tu zupełny misz-masz tematów, choć w większości autorka skupia się na polityce i życiu celebrytów. Pisze więc Czubaszek między innymi o kolejnych wyborach, jako zagorzała i wierna nałogowi palaczka często nawiązuje do zakazu palenia, pisze o gwiazdach programu Taniec z gwiazdami, tworzy własną książkę, a przynajmniej je zaczątki oraz właściwie nieprzerwanie dyskutuje z córką swojej sąsiadki o dwucyfrowym ilorazie inteligencji, na przykład na temat związków, młodości i starości, posiadania i nieposiadania dzieci, tego, co pokazują w telewizji oraz, najczęściej, czasem dość absurdalnych newsów publikowanych w najpopularniejszych brukowcach.

Choć to wszystko mogłoby się wydawać ciekawe, a Marii Czubaszek trudno odmówić talentu do umiejętnego, zabawnego i ironicznego komentowania bieżących wydarzeń, to niestety tym razem okazuje się, że to, co sprawdza się na blogu, niekoniecznie można przemienić w interesującą książkę. Bo mimo że zapiski Czubaszek są krótkie, zwięzłe i na temat, że na tych ponad ośmiuset stronach czuć cięty język autorki, że dziennikarka często bawi się słowem i nie stroni od ironii, że jej spostrzeżenia są w większości tak trafne, że choć śmiszno, to czasem i straszno, i wreszcie, że czyta się to wszystko naprawdę przyjemnie, to skondensowanie blogowych notek z niemal ośmiu lat w formie książki koniec końców daje poczucie zmęczenia tematem. To, co działo się w 2006 czy 2007 roku, choćby tym wówczas żyła cała Polska, było ważne właśnie wtedy, a dziś już naprawdę w większości nie ma żadnego znaczenia. Wierzę oczywiście, że przed wydaniem Bloga niecodziennego przeprowadzono należytą selekcję, ale może była zbyt mała? Może należałoby to jeszcze bardziej okroić? Albo w ogóle zrezygnować z tych pierwszych blogowych lat... Sama nie wiem.

Prawda jest też taka, że choć czas spędzony pomiędzy okładkami jest naprawdę całkiem przyjemny, to po przerzuceniu ostatniej strony tej książki niewiele z niej zostaje w głowie. Blog niecodzienny sprawdzić się może jako przerywnik pomiędzy innymi, bardziej angażującymi lekturami, do czytania jednej, dwóch, trzech notek dziennie, ot tak dla rozluźnienia i poprawy humoru, ale do pełnowartościowej lektury trochę mu niestety brakuje, a czytany ciągiem zupełnie się nie sprawdzi.

Maria Czubaszek, Blog niecodzienny, Warszawa, Prószyński i S-ka 2014

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 229
| < Styczeń 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Tagi


Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin
Google+