niedziela, 21 grudnia 2014

Miasto cieni to bezpośrednia kontynuacja Osobliwego domu pani Peregrine zaczynająca się dokładnie w momencie, w którym jej poprzedniczka się kończy, więc jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszej części, to po pierwsze koniecznie to nadróbcie, a po drugie może lepiej w tym miejscu skończcie czytanie tej notki, bo będę zdradzać istotne elementy jej zakończenia.

Dom zamieszkiwany dotąd przez osobliwców został spalony, pani Peregrine na dłuższy czas uwięziona w ciele ptaka, a gromada dzieci zmuszona do opuszczenia być może na zawsze pętli, w której spędzili ostatnie kilkadziesiąt lat. Pisząc, że Miasto cieni rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym kończy się Osobliwy dom pani Peregrine nie skłamałam ani trochę. To dokładnie ta sama scena, powtarza się nawet zdjęcie ją ilustrujące. Trzy małe łódki, dziesięcioro dzieci, z których powoli opadają resztki sił, sztorm i kilka kilometrów do najbliższego brzegu, który wcale nie gwarantuje bezpieczeństwa. Zaczyna się groźnie, prawda? Ale śledząc dalej przygody osobliwej gromady przekonamy się, że sztorm na środku morza, to naprawdę pikuś, a przewracając kolejne strony będziemy trzymać kciuki, by mimo wszelkich przeciwności losu, a przede wszystkim głucholców i upiorów czający się na każdym kroku, udało im się dotrzeć na czas do miejsca, w którym ocalenie pani Peregrine, i równocześnie ich samych, stanie się możliwe.

Chciałem jednak zapewnić Emmę, że nie można czuć się źle w każdej sekundzie. Śmiech nie sprawia, że złe rzeczy stają się gorsze, podobnie jak nie staną się lepsze dzięki łzom. Śmiech nie oznacza, że jest nam wszystko jedno albo że zapomnieliśmy - świadczy tylko o tym, że jesteśmy ludźmi. Tego jednak też nie potrafiłem jej przekazać*. 

W tej części cyklu Riggsa poznajemy jeszcze lepiej historię osobliwych dzieci. Horace, Hugh, Emma, Olive... w przypadku każdego z nich odkrywanie swojej inności odbywało się niemal identycznie. Dziwne zachowania zaczynały się nagle, właściwie bez powodu i niemal z dnia na dzień się nasilały, przerażając i odsuwając od nich najbliższych, tak, że w końcu zostawali zupełnie sami. Nic zresztą dziwnego... każdy z nas byłby przerażony, gdyby bliska osoba kawałek po kawałku zaczęła znikać albo co noc podpalała własne łóżko. Osobliwość jednak nie jest wadą, jest czymś dodatkowym, elementem, który wyróżnia podopiecznych pani Peregrine na tle całej reszty zwykłego społeczeństwa i choć czasem utrudnia życie, sprawiając, że dzieci o niezwykłych zdolnościach czują się mocno wyobcowane, to na ogół stanowią raczej zaletę i w wielu chwilach to życie im ratuje. Podobała mi się teoria, że osobliwość nie jest wadą, lecz wartością dodaną; że nie brakuje nam tego, co mają zwykli ludzie, tylko im brakuje osobliwości. Innymi słowy, mamy więcej, a nie mniej**. 

Do dobrze znanych nam z poprzedniej części postaci, tym razem dołączają kolejne, o cechach równie osobliwych, pojawiają się też osobliwe zwierzęta, ale książka Riggsa nie przyciąga wyłącznie wyjątkowymi bohaterami. To także podróż przez niezwykłe miejsca; cyrk, w którym osobliwcy wydają się czymś całkiem normalnym, lodowa twierdza, w której chronią się ci, którym jakoś udało się ocaleć, dwudziestowieczny Londyn pogrążony w chaosie powodowanym szalejącą wkoło wojną. Ransom Riggs tworzy niesamowity klimat, sprawiając, że od jego książki ciężko się oderwać, a przygody Jacoba i spółki śledzimy z ogromnym zaangażowaniem.

Kolejny raz uwagę czytelnika przyciągają zdjęcia. Stare, tajemnicze, wzbudzające ciekawość, a niektóre i poczucie niepokoju i ciarki przebiegające po plecach. Stanowiące integralną część książki, w idealny wprost sposób komponujące się z jej treścią, w pewnych momentach sprawiające nawet wrażenie, że zostały zrobione specjalnie na jej potrzeby, choć wiemy, że zostały zrobione znacznie wcześniej.  

Moim zdaniem Miasto cieni to świetna kontynuacja i jednocześnie świetny wstęp do kolejnej części a zakończenie wskazuje na to, że z ta z całą pewnością powstanie. Czekam więc z niecierpliwością!

Ransom Riggs, Miasto cieni, Poznań, Media Rodzina 2014

*s. 329

**s. 206

czwartek, 18 grudnia 2014

Przyznać trzeba, że to cykl, który raz za razem totalnie mnie zaskakuje, choć to nie zawsze pozytywne zaskoczenia. Gdyby moje wrażenia po tych trzech książkach wchodzących w jego skład, wyrysować na wykresie, wyszłaby z tego idealna sinusoida. Jeśli pamiętacie co pisałam o pierwszej i drugiej części, to już wiecie co chciałabym przekazać. Jeśli nie... cóż, z ogromnym żalem muszę przyznać, że Sekret czarownicy zwyczajnie rozczarowuje.

Najnowsza powieść Anny Klejzerowicz stanowi bezpośrednią kontynuację Córki czarownicy, ale myślę, że bez problemu można ją też czytać jako odrębną całość, bez znajomości poprzednich tomów. 

Małgosia pracuje w lecznicy dla zwierząt, co nie do końca ją satysfakcjonuje i wciąż marzy o własnej klinice. Damian realizuje swoje marzenia i coraz częściej nie ma go w domu. W dodatku do ich związku powoli zaczyna wkradać się rutyna i chyba zwyczajna nuda, która raz za razem prowadzi do niebłahych sprzeczek z dość błahych powodów. Sytuacji wcale nie poprawia nadgorliwa mamusia Damiana ani, tym bardziej, pojawienie się w miasteczku Roberta - przystojnego archeologa, który zaczyna interesować Gosię nie tylko ze względu na sprawę, nad którą pracuje. Co do tej sprawy... Okazuje się, że w pobliskim kościele zostają odnalezione szczątki mężczyzny, prawdopodobnie leżące tam od jakichś... siedmiuset lat. Początkowo nikt nie wie kim on jest i skąd się tam wziął, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że po pierwsze został zabity, a po drugie może mieć jakiś związek z zakonem templariuszy. Zafascynowana tym odkryciem, kolejny raz nawiedzana przez dość niepokojące sny, Małgosia zaczyna bardzo angażować się w rozwiązanie tej zagadki. Zagadki, która zresztą stanowi najmocniejszą stronę tej książki i aż szkoda, że, w moim odczuciu, problemy małżeńskie Gosi i Damiana zdołały ją zdominować. 

Klejzerowicz pokazuje dwa zupełnie różne oblicza miłości. Jednej, sprzed setek lat, wielkiej, gorącej, ale stającej w obliczu ogromnej tragedii oraz drugiej zupełnie współczesnej, nacechowanej co prawda odrobiną monotonii, przez co może odrobinę słabszą, ale wciąż jednak obecną. W obu przypadkach i zupełnie niezależnie od tego, w jakich czasach przyszło bohaterom żyć, widać wyraźnie, że o to piękne uczucie każdemu w pewnym momencie przyjdzie zawalczyć.

Niestety, znów powróciła moja niechęć do bohaterów, a głównie do narratorki, którą tym razem jest sama Małgosia. Wydaje mi się, że kobieta, która tyle w życiu przeszła, powinna mieć w sobie trochę więcej dojrzałości i takiej... bo ja wiem, mądrości życiowej (?). Gosia natomiast przez większość czasu zachowuje się jak rozwydrzony bachor, któremu się wszystko należy. O ile więc historia sprzed setek lat była w stanie moją uwagę przyciągnąć, o tyle małżeńskie problemy i sercowe rozterki głównej bohaterki, które, mam wrażenie, zajmują tu znacznie więcej miejsca, jedynie działały mi na nerwy. Wielka szkoda, wiem, że Klejzerowicz stać na dużo więcej. 

Anna Klejzerowicz, Sekret czarownicy, Warszawa, Prószyński i S-ka 2014

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Czy jeśli choć raz pozwolono by Ci zakosztować pełni szczęścia umiałabyś potem żyć bez niego? I czym właściwie jest szczęście? Czy na pewno tym, co od tak dawna nim nazywałaś? A może ma zupełnie inną postać?

Zainspirowana Dumą i uprzedzeniem Jo Baker tworzy własną wersję historii, tym razem nie skupiając się na losach panien Bennett i obsesyjnych próbach wydania ich za mąż, a na plan pierwszy wysuwając tych, którzy w powieści Jane Austen przemykali niemal niezauważeni. Przyglądamy się zatem służbie, obserwujemy ich codzienne zmagania, śledzimy ich zabieganie nie o najlepszą partię, ale choć chwilę spokoju dla siebie, wykradzioną z czasu przeznaczonego na usługiwanie tym o wyższym statusie. Życie Sary, Polly i państwa Hill toczy się ustalonym torem, wszystko działa jak w zegarku, każdy zna swoje obowiązki i właściwie żadne z nich nie spodziewa się już większych zmian w swoim bądź co bądź nie do końca ciekawym życiu. W dworku Longbourn jeden dzień pracy płynnie przechodził w drugi i nigdy nie dało się powiedzieć, że oto nadszedł koniec krzątaniny. Ta tylko przedłużała się, nabierała tempa albo czekała na swoją kolej, a człowiek tylko się rano o nią potykał*. Przynajmniej do czasu, gdy w domu pojawia się James, tajemniczy mężczyzna, z dnia na dzień, trafiający do Bennettów na służbę. Kim jest, skąd się wziął i dlaczego pan Bennett przyjął go właściwie z ulicy bez słowa sprzeciwu, a raczej z otwartymi ramionami? 

Jak się wkrótce okazuje swoją tajemnicę skrywa nie tylko James, ale właściwie większość, jeśli nie każda z postaci stworzonych przez Baker. Każdy ma swoje sekrety, wszyscy starają się schować je jak najgłębiej, nie dopuszczając do nich nawet najbliższych. Odkrywanie kolejnych głęboko zakopanych historii, dostrzeganie kolejnych powiązań między poszczególnymi postaciami, okazuje się doprawdy interesujące.

Wszystkie wydarzenia opisywane w Dworku Longbourn toczą się równolegle do tych z Dumy i uprzedzenia, Baker bardzo często i wyraźnie nawiązuje do utworu Jane Austen, ale przy tym wszystkim wydaje mi się, że wcale nie trzeba znać tego XIX-wiecznego romansu, żeby czerpać przyjemność z poznawania tej opowieści. Oczywiście nawiązanie do Dumy i uprzedzenia może stanowić ogromną zachętę do czytania dla jej fanów, ale może i ich rozczarować, bo trudno będzie wytrzymać Dworkowi Longbourn to porównanie, zresztą myślę, że równie trudno byłoby je znieść każdej innej powieści. W moim odczuciu obydwie powieści, mimo splecenia wątków, stanowią dwa zupełnie odrębne utwory i tak należy je traktować.

Jo Baker tworząc bohaterów z krwi i kości pokazuje jak ważną rolę odgrywała służba w każdym dworku i jak wielki wpływ miała na to, co się działo w całym domu, choć ich pracy często nikt nie dostrzegał, nie doceniał, nie chwalił, nikt za nią nie dziękował. Jest kilka momentów, w których wyraźnie widać z jakim lekceważeniem, mimo wzajemnych sympatii, panny Bennett podchodzą do tych, którzy im usługują, bagatelizując zupełnie ich pracę i częstokroć nie zdając sobie sprawy jak wiele im zawdzięczają. 

Autorka Dworku Longbourn opowiada nie tylko o codziennych wzlotach i upadkach tych najniżej urodzonych, ale też o trudach wojny, walce o uczucie, a przede wszystkim chyba o ogromnym pragnieniu wyrwania się z tego, co los nam ofiaruje, zboczenia z wyznaczonej dla nas ścieżki i wyznaczenia swojej własnej oraz podążaniu za marzeniami. Dla Sary szczęście istniało; miała dość dobre pojęcie o tym, czego jej było brak**.

Polecam, proponując jednocześnie nie zestawiać tej powieści z ukochaną Dumą i uprzedzeniem, ale podejść do niej jak do zupełnie czystej kartki, na której owszem, od czasu do czasu pojawiają się znane postaci, ale sama w sobie może być czymś równie fascynującym i dostarczyć wielu miłych wrażeń.

Jo Baker, Dworek Longbourn, Poznań, Czwarta Strona 2014

*s. 11

**s. 69

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 226
| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi
Kalendarz recenzji (możliwe niewielkie zmiany)

24.12 W śnieżną noc - Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracl

27.12 Czego pragnie Maryla - Wojciech Cesarz, Katarzyna Terechowicz

30.12 Nie puszczaj mojej dłoni - Michel Bussi

2.01 Zamień chemię na jedzenie - Julita Bator

5.01

8.01 Gdzie jesteś, Amando? - Denis Lehane

11.01

14.01

17.01

20.01

23.01

26.01



Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin
Google+