piątek, 10 lutego 2012
Zdarzają się krótkie okresy radości, które trzeba rozciągać na wiele pustych lat...* Czy spotykając czasem kogoś po raz pierwszy macie wrażenie, że znacie go właściwie od zawsze? Czy patrząc mu głęboko w oczy czujecie coś, jakiś maleńki impuls, jakbyście się już kiedyś spotkali? Czy wdając się w dłuższą rozmowę wydaje się Wam, że spędziliście z tą osobą dużo więcej czasu niż tylko te kilka godzin? Że spędziliście z nią właściwie całe swoje życie... A nie pomyśleliście nigdy, że to może nie być tylko ulotne wrażenie? Daniel i Lucy, a może powinnam napisać Sophie, spotkali się po raz pierwszy w 541 roku. W dodatku, spotkali się w niezbyt sprzyjających okolicznościach. Ona, jako niewinna kobieta i on, jako oprawca, podpalający wioskę, do której nie powinien nawet wchodzić. To jednak nie był jedyny raz kiedy mieli okazję się zobaczyć. Obydwoje bowiem wracają na ziemię wielokrotnie. Obydwoje przeżywają jedno życie za drugim. Czasem nie spotykają się w ogóle. Czasem robią to zupełnie przypadkiem. Zawsze jednak coś ich rozdziela. Bo jak być z kobietą będącą żoną naszego brata, choćbyśmy go nienawidzili z całych sił? Jak być z kobietą starszą od siebie o kilkadziesiąt lat? Albo wręcz przeciwnie, kilkadziesiąt lat młodszą? I wreszcie, jak być z kobietą, która za nic nie może nas sobie przypomnieć? Jest XXI wiek. Daniel i Lucy spotykają się po raz wtóry. Okoliczności są więcej niż lepsze. Obydwoje są wolni, obydwoje piękni jak marzenie i obydwoje w podobnym przedziale wiekowym. Tylko co z tego, jeśli Lucy, choć niewątpliwie coś ją do Daniela przyciąga, za nic nie może go sobie przypomnieć? I czy Daniel ma w sobie na tyle siły i odwagi, by znów zabiegać o kobietę, którą kolejny raz może stracić? A może jeśli się kogoś tak bardzo kocha powinno się pozwolić mu w końcu odejść... Poznajemy myśli Daniela, towarzyszące mu przez tysiąclecia, widzimy pewne kluczowe wydarzenia jego życia, a właściwie żyć, z drugiej strony śledząc też z uwagą to o czym opowiada nam Lucy. I ja, jeśli mam być szczera, wyczekiwałam z niecierpliwością tych rozdziałów, których główną bohaterką była właśnie ona. Może jako kobiecie, bliżej mi po prostu do kobiety, a może czekałam na nie ze względu na to, że były tak rzadkie. Cała opowieść warta jest poznania. To piękna historia, pozwalająca uwierzyć w prawdziwą miłość, i to nie tylko taką do grobowej deski, jak widać. Autorka pozostawiła otwarte zakończenie, umożliwiające nam na własne interpretacje. Wprowadziła odrobinkę napięcia, w miejscach gdzie jest ono najbardziej potrzebna. Dostarczyła mi odrobiny wzruszeń, pozwoliła na zatopienie się w czasach i miejscach tak mi odległych i wlała w moje serce odrobinę ciepełka i nadziei. Bo jeśli coś się kończy to niekoniecznie kończy się na zawsze. A może nawet, nie kończy się nigdy? Uwielbiałam Brashares serwującą mi opowieść o spodniach, które pragnęłaby mieć w swojej szafie każda nastolatka. A teraz? Cóż, mogę powiedzieć... Teraz uwielbiam Brashares opowiadającą o miłości, jakiej każda kobieta chciałaby doświadczyć. Ann Brashares, Nigdy i na zawsze, Warszawa, Wydawnictwo Otwarte 2012. *s. 92.
wtorek, 07 lutego 2012
O Yoani Sánchez usłyszałam zupełnie przypadkiem, przy okazji pewnej pracy zaliczeniowej. Pisałam o blogach i blogerach, trafiłam na kilka artykułów dotyczących owej Kubanki i powiedzieć, że historia tej kobiety mnie zafascynowała to naprawdę mało. Internet dla wielu z nas stał się czymś niemal naturalnym. To coś jak woda czy powietrze. Musimy przynajmniej raz dziennie zaglądnąć na kilka ulubionych stron, przynajmniej dwa razy, rankiem i wieczorem, sprawdzić pocztę. Często nie wiemy co ze sobą zrobić, gdy na parę dni, godzin, czasem nawet minut pozostajemy bez połączenia z siecią. Yoani Sánchez tego problemu nie ma. Na Kubie bowiem mało kto ma dostęp chociażby do komputerów. A jeśli już to są to zwolennicy reżimu, pracownicy ambasady albo... turyści. Owszem, czasem zdarzy się, że któryś z obywateli stanie się właścicielem własnoręcznie poskładanego lub zakupionego na czarnym rynku komputera, ale i w tym przypadku dostęp do Internetu pozostaje problemem, bo połączenie z siecią nie dość, że bardzo powolne, jest także na tyle drogie, że mało którego Kubańczyka stać by było na stałe łącze. Jak to więc możliwe, że Yoani udało się nie tylko założyć bloga, ale doprowadzić także do tego, że jej Generation Y, nadal istnieje, rozwija się i jest tłumaczony na kilka języków? Ano wystarczyła ciut jaśniejsza karnacja, podanie się za obcokrajowca i kilka hawańskich hoteli, umożliwiających wrzucenie zapisanych wcześniej notatek na serwer, w chwilach pełnych stresu i napięcia. I możemy się zastanawiać po co właściwie tyle zachodu? Ale może właśnie te zapiski i odwaga zwykłej kobiety do zrobienia tego, co w jej kraju zakazane, pozwalają nam, kojarzącym Kubę z wyspą jak wulkan gorącą, przyjrzeć się jej prawdziwemu obliczu. A oblicze to wcale nie jest tak olśniewające, jak nam się wydaje. Dostęp do Internetu zarezerwowany tylko dla turystów to jeden z najmniejszych problemów. Do tego dochodzi szereg innych: mieszkania rozwalające się ze starości, z którymi nie można nic zrobić, bo stanowią własność państwa, które palcem kiwnąć w tej sprawie nie chce. Dziwny sposób oceniania na poziomie szkoły podstawowej, w której niekoniecznie ważna jest posiadana wiedza czy pewne talenty, które u nas nauczyciele starają się jednak dostrzegać i jakoś rozwijać, a przynajmniej właściwie ukierunkowywać. Brak pomocy dla ofiar tak częstych huraganów. Rozwijający się wciąż czarny rynek, istniejący głównie za sprawą idiotycznego rozróżnienia waluty kubańskiej na peso krajowe, w którym mieszkańcy wyspy dostają wypłatę oraz peso wymienialne, rzecz jasna droższe od krajowego, którym płaci się za wszystko. Nie zapominajmy oczywiście, że wszystko jest w tym przypadku pojęciem mocno naciągniętym. Mnie najbardziej rozśmieszyły, kartki na mleko przyznawane wyłącznie dzieciom do lat 7 i seniorom od 65 roku życia. Istna paranoja... Nie mogę zrozumieć, jak w miejscu zadedykowanym czytaniu i wiedzy - jakim powinny być targi książki - może istnieć obszar zakazany dla miejscowych. Jeszcze bardziej absurdalny jest fakt, że "sfera zastrzeżona" to drzwi do ogromnej biblioteki, archiwum i encyklopedii, jaką jest internet. Nie rozumiem, jak można w tej samej przestrzeni zachęcać do czytania i zabraniać dostępu do informacji, sprzedawać książki i cenzurować strony internetowe, propagować słowa i nie pozwalać nam korzystać z czatów, sprzedawać encyklopedie i nie pozwalać na konsultowanie Wikipedii.* Sánchez pisze tak, że chce się ją czytać, po prostu. Widać, że słowo pisane jest jej wielką miłością, że czuje się z nim w jakiś sposób związana. Jej zapiski pełne są ironii i krytycznego spojrzenia na otaczającą ją rzeczywistość, a jednak da się w nich dostrzec przywiązanie jakim darzy swój kraj ze wszystkimi jego wadami. To zapiski blogowe głównie z roku 2007 i 2008, choć i kilka notek z 2009 tu znajdziemy, ułożone niestety tematycznie. Piszę niestety, bo o wiele wygodniej by mi się je czytało, gdyby były w kolejności chronologicznej, tak jak zostały umieszczane na blogu, tak by żadne wydarzenia się nie mieszały, nie zostały pominięte, ale też nie powtarzały się, bo o kilku sprawach Sánchez pisze wielokrotnie. Cuba Libre to książka ważna, z gatunku tych, które zdecydowanie warto jest poznać. A nieprzekonanych zapraszam na polską wersję Generation Y. Yoani Sánchez, Cuba Libre. Notatki z Hawany, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2010. *s. 86.
sobota, 04 lutego 2012
Nie wiem czy byłabym w stanie wskazać rodzinę, w której choć jednej osoby nie zabrałby nowotwór. Na ogół wykrywany zbyt późno, na ogół atakujący więcej niż jeden organ... Moim zdaniem ta choroba za każdym razem boli tak samo, za każdym razem jest równie niesprawiedliwa, za każdym razem doprowadza nas do beznadziejnej wręcz bezradności, ale mam wrażenie, że im młodsze osoby dopada tym więcej jakoś jest w nas pretensji do świata, do losu, do Boga. A co jeśli atakuje sześcioletnie dziecko? Elena Desserich była zupełnie zwyczajną dziewczynką. Kolor różowy był dla niej niemal podstawą ubioru, a ozdoby we włosach czymś zupełnie naturalnym. Choć często tęskniła za rodzicami to jednak uwielbiała spędzać czas w szkole. A dla młodszej siostrzyczki byłaby w stanie zrobić wszystko, opiekowała się nią najlepiej jak umiała i uczyła tego, czego sama nauczyła się stosunkowo niedawno. Aż do czasu. U Eleny bowiem wykryto pewnego dnia rzadki rodzaj guza mózgu. Wiadomość z nieba to pamiętnik rodziców Eleny, który początkowo stanowił zwykłe zapiski, mające być kiedyś pamiątką dla jej młodszej siostry. To opis nieustającej walki o życie ukochanego dziecka. To zapiski z kilku upadków, z wielu chwil wątpliwości, z dni, kiedy najtwardszy zupełnie opadłby z sił, ale i z tych wzlotów, małych wielkich radości, ogromnych nadziei i woli przetrwania. Obraz sześcioletniej dziewczynki jaki się z tych zapisków wyłania niewątpliwie robi wrażenie ze względu na dojrzałość, jaką powoli zaczynamy w niej dostrzegać, ale i mocno zasmuca, gdy dociera do nas jak bardzo Elena jest zmęczona tą całą sytuacją i jak bardzo pragnie zwykłego powrotu do normalności, której nie może jej zapewnić nawet realizacja najskrytszych marzeń. Lekarstwa nie stoją na półkach z zabawkami i nie mają metek. I choć mamy każdą zabawkę o jakiej małe dziewczynki mogą tylko zamarzyć wiara jest teraz towarem deficytowym. Robimy więc co możemy, rozpieszczamy je, traktujemy jak księżniczki i kupujemy wszystko, czego chcą. W jakiś sposób jest to nagroda za to, że nasze dzieci mają raka. Nagle troszczymy się, kochamy, nagle kupujemy im świat. Jednak jest za późno. Jedyne czego chce Elena, to być normalna.** Wiadomość z nieba to dla mnie też niesamowity obraz powolnego godzenia się z losem, znajdowania siły w tym co kilka miesięcy wcześniej byłoby w stanie totalnie nas wykończyć i uśmiechu na ustach mimo wszelkich przeciwności losu. Nigdy nie przestanę podziwiać osób, które w obliczu tragedii nie załamują rąk, nie poddają się, a wręcz przeciwnie - potrafią cieszyć się życiem dużo bardziej niż ci, którzy nie są zmuszeni do obcowania na co dzień z nieuleczalną chorobą. Brooke i Keith Desserich, Wiadomość z nieba, Słupsk, Papierowy Księżyc 2011. *s. 128 **s. 90-91.
wtorek, 31 stycznia 2012
Dziękuję za zgłoszenia :). Zgodnie z obietnicą wylosowałam osobę, do której już niedługo trafi Szwecja. Wynik jaki jest każdy widzi...
...tak więc poczytajce gratuluję i proszę o adres na maila, którego znajdziesz na podstronie o mnie. Miłego dnia! :)
niedziela, 29 stycznia 2012
Książeczkę tę przeczytałam bodajże dwa tygodnie temu i nie wiem czy gdyby nie to, że podczas czytania zawsze robię sobie krótkie notatki miałabym co o niej dziś napisać. Choć niewielka i przyjemna w odbiorze, z głowy ulatuje w czasie krótszym niż ten, który poświęcimy na jej lekturę. Książeczka Kraśko to taka Szwecja w pigułce. Trochę historii (niestety nawet ciut więcej niż trochę) i kilka interesujących ciekawostek. Na przykład, no wiecie, ja nie jestem fanką śledzi, szczerze to chyba jedna z niewielu (jeśli nie jedyna) ryba, której nie lubię, ale nie miałam pojęcia, że pewien jego rodzaj jest aż tak, ekhm... śmierdzący, a przy okazji na tyle groźny, że w życiu nie wpuszczą Was z nim do samolotu, w obawie przed wybuchem. Nie wiedziałam też dla kogo i z jakiej okazji ABBA napisała i zaśpiewała swoją znaną chyba każdemu Dancing Queen. O, a przy okazji, nie miałam też pojęcia, że gdzieś istnieje hotel, który każdego roku budowany jest od nowa. Jak dla mnie było tu zdecydowanie zbyt wiele informacji dotyczących rodziny królewskiej i o wiele za dużo historii (ponad połowa tej cienizny), z której dziś już nawet niewiele pamiętam. Chętnie poczytałabym więcej o tych różnych ciekawostkach, a nie o tym jak to się stało, że Francuz został królem Szwecji, skąd on się właściwie wziął i jak pięknie się odpłacił za to co dostał. Co nie zmienia oczywiście faktu, że Kraśko pisze bardzo przystępnym językiem i całkiem miło się to czyta. *** A jeśli ktoś chciałby otrzymać tę książkę - nic prostszego! Napiszcie tylko czemu miałaby ona trafić właśnie do Was :) W przypadku większej ilości chętnych zrobię losowanie we wtorek. Piotr Kraśko, Świat według reportera: Szwecja, Warszawa, National Geographic 2011.
czwartek, 26 stycznia 2012
Pytanie tylko jak pomóc koledze i wyciągnąć go z miejsca, w którym z całą pewnością nie powinien się znaleźć, a przynajmniej jeszcze nie teraz, skoro zupełnie nie wiadomo jakie to miejsce? Pomijając już całą rozległość samego Piekła, które zdaje się ciągnąć w nieskończoność, nie zapominajmy, że Søren mógł trafić także do Hadesu, Hellu, Asgardu, może i nawet do… Raju. Choć to akurat w jego przypadku wydaje się to całkiem nieuzasadnione. Okazuje się też, że od ostatniego pobytu Filipa w Piekle wiele się tam zmieniło. I to wcale nie na lepsze. Diabły otrzymały śmiertelność, za którą nie są ani trochę wdzięczne, zaczynają się więc bunty i ucieczki, brakuje rąk do pracy, potępieńcy panoszą się bez nadzoru, a w powietrzu wisi groźba wojny. Może więc kolejna śmierć Filipa wcale nie jest tylko przypadkiem? Kenneth E. Andersen już po raz trzeci zabiera nas w niezwykłą podróż po czeluściach Piekła i nie tylko. Mamy też okazję pohasać po zielonych łąkach Raju, i zajrzeć do starożytnego świata umarłych, w których rządzi nieco psychopatyczny Hades. Odkrywamy kolejne zakamarki królestwa Lucyfera goszcząc u samotnego, a przez to odrobinę szalonego malarza czy trafiając do przerażającego Lasu Strachu. Spotykamy kolejne tak dobrze znane nam postacie. Kuba Rozpruwacz uciekający przed zabitymi kobietami, Barabasz mający smaczek na Filipa, Noe błąkający się po Piekle w poszukiwaniu odrobiny spokoju i zapomnienia czy Herkules odczuwający wieczne pragnienie to tylko niektóre z nich. Każda kolejna część Wielkiej wojny diabłów okazuje się dla mnie świetną rozrywką. Mało tego, mam wrażenie, że im dalej tym bardziej te książki mnie wciągają i robi mi się po prostu przykro na myśl o tym, że powoli zbliżamy się do finiszu. Choć po cichu liczę ciągle na to, że na tym cyklu autor swej twórczości nie zakończy. Niestety, tym razem bardzo wyraźnie widać pośpiech i niedokładność przy samym przygotowaniu książki do druku. Liczne literówki, brak znaków interpunkcyjnych oraz zdania bez ładu i składu momentami mocno psuły odbiór całości. Mimo tego bez wahania mogę napisać, że to najlepsza część cyklu, a zakończenie zaserwowane nam przez autora aż zmusza do sięgnięcia po tom ostatni. Miejmy nadzieję, że równie zaskakujący i... o wiele bardziej dopracowany pod względem technicznym. Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl Kenneth B. Andersen, Śmierć w pigułce, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Sesja trwa w najlepsze, a ja jak mantrę powtarzam sobie jeszcze tylko dwa tygodnie, tylko dwa tygodnie, momentami, dla urozmaicenia te dwa tygodnie zastępuję jednym semestrem. To właśnie przez sesję ostatnio ucichłam. Nie czytam, toteż nie mam o czym pisać. Nic to, nieważne. Ważne natomiast, że tę sesję mam tym razem wyjątkowo umiloną przez dziewczyny z wymianki u Uli, o której pisałam tutaj. Aż mi głupio, że sama posłałam w świat tylko jedną paczkę i z każdą kolejną coraz szerzej otwieram oczy (i usta przy okazji też), bo naprawdę nie spodziewałam się, że kogokolwiek ruszy to, że trafiłam na taką, a nie inną parę. Dziękuję więc wszystkim razem i każdej z osobna, a poniżej prezentuję te piękności, które do mnie dotarły. Od Kasi. Dom Kalifa zapragnęłam mieć odkąd tylko zobaczyłam go w zapowiedziach, więc wyobraźcie sobie jak tu skakałam z radości. Od Justyny. Książki nie kojarzę, kojarzę za to jej autorkę i jeśli książka okaże się równie przyjemna i zabawna jak jej filmy to ja już się cieszę na lekturę. Od Nigi. Nie mam pojęcia jak się robi te różyczki, ale wyglądają przecudownie, wciąż jestem w trakcie poszukiwań odpowiedniego miejsca dla nich (odpowiedniego, tzn. takiego, do którego Sofi nie miałaby dostępu, bo boję się, że mogłaby je w końcu pożreć ;)). Swoją drogą wciąż pozostaję w ciężkim szoku zastanawiając się jak to możliwe, żeby rzecz tak delikatna dała radę przetrwać drogę pocztową... :) Od Agaty, która sprawiła, że palę się ze wstydu. Wyobraźcie sobie, że tę zakładkę wykonała jej 12-letnia córka! Ja nie wiem czy byłabym w stanie wydziergać choć małe koło, które przypominałoby... koło. No cóż, jak ktoś się urodził beztalenciem to musi z tym żyć ;) I ostatnia paczka, od Eli, niestety nie wiem z jakiego bloga, bo nie udało mi się znaleźć żadnej kartki, ale może jak tu zajrzy to się ujawni :) Dziękuję! ;* Kochani moi, po wielkich emocjach związanych z pierwszą edycją Złotej Zakładki zapraszam na forum do dyskusji nad drugą edycją nagrody blogerów. Zachęcam do zgłaszania swoich pomysłów. Może coś Wam się poprzednio nie podobało i chcielibyście to poprawić, może macie jakąś ciekawą propozycję odnośnie kategorii, w jakich nagradzamy książki. Naprawdę każdy głos (no ok, każdy sensowny głos) ma tutaj wielkie znaczenie! Mamy czas do końca lutego, więc... do roboty ;)
|
Archiwum
Zakładki:
*
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |