czwartek, 14 sierpnia 2014

Właściwie to wcale nie miałam czytać tej książki. Naprawdę. Ale zaczęła do mnie mówić, wołać, w końcu krzyczeć, a że czytałam poprzednią powieść Zaczyńskiej i doszukałam się tam kilku minusów, to byłam ciekawa jak wypadła Kobieta z impetem. No i wymiękłam, skusiłam się, wpadłam, przepadłam i, co najlepsze, wcale nie żałuję, bo podobało mi się bardziej niż Szkodliwy pakiet cnót.

To, że w okolicach Bugu nagle pojawiają się krokodyle, wcale nie jest normalne, prawda? To, że na całkiem przyjemnej imprezce, na której co prawda dochodzi do kilku spięć między grupą zaufanych przyjaciół, gdzieś w krzakach ktoś znajduje faceta z wbitym... rożnem, też raczej nie. Co łączy obie sprawy? Ile wspólnego ma z tym wszystkim wspomniana grupa przyjaciół i ich bliscy? Czy Zuzannie, policjantce walczącej o szacunek kolegów, uda się to odkryć? A przede wszystkim czym albo kim tak naprawdę jest tytułowy Impet? Żeby się tego dowiedzieć, koniecznie musicie przeczytać tę książkę.

Trudno mi nie porównywać jej do Szkodliwego pakietu cnót, tym bardziej, że na jego tle wypada lepiej. Znajdziemy tu znów mnóstwo tematów. Przemyt zwierząt, farmy śmierci, romanse, rozstania i zdrady, problemy z dziećmi, rodzeństwo, które nagle zaczyna się kłócić, choć wcześniej poszłoby za sobą w ogień, rodzice przypominający sobie o istnieniu potomków po latach nieobecności, kryzys dotykający nawet najlepiej prosperujące firmy, walka o gwiazdki Michelina, ucieczka przed miłością i chorobliwe pragnienie bliskości, problem z alkoholem, odejście bliskich... Dużo? Mogłabym wymieniać dalej. I mogłabym znów zacząć narzekać na ten przesyt, ale... No właśnie, ALE, bo mimo wszystko Kobieta z Impetem naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. Nie wiem czy to kwestia odpowiedniego nastawienia i tego, że wiedziałam już czego mogę się spodziewać; dobrej pory, bo wakacje zdecydowanie sprzyjają czytaniu takich książek; czy po prostu tego, że autorka z książki na książkę się rozwija. Ja widzę naprawdę dużą różnicę.

Przede wszystkim dałam się wyprowadzić w pole. Naprawdę, jakoś tak mnie ta Zaczyńska zamotała, że zupełnie straciłam czujność. Nie zgadłam kto zabił i pluję sobie w brodę, bo przecież były różne znaki na niebie i ziemi (i to od samego początku!), a ja jakoś totalnie, jak ślepiec jakiś obstawiłam zupełnie kogoś innego. Bogu ducha winnego tak a propos. Za to wielki plus.

Kolejny plus za postacie. Owszem, znów jest ich sporo, ale tym razem są chyba znacznie bardziej dopracowane i podczas czytania nikt mi się z nikim nie mylił. Każdy ma wady i zalety, każdy ma jakieś cechy charakterystyczne i to, co najważniejsze, cechy bardzo ludzkie, które pozwalają czytelnikowi na utożsamienie się z nimi. Każda z postaci ma też swoje problemy, od przyprawiających o śmiech ukrywanych romansów z niezbyt odpowiednim facetem, po bardzo poważne, takie jak na przykład początki alkoholizmu. Bohaterowie Kobiety z Impetem to naprawdę fajna grupa, fakt, że momentami nieco schematyczna, trochę opierająca się na utartych stereotypach, ale wzbudzająca ogrom ciepłych uczuć.  

I wreszcie największy plus za to, czego najbardziej czepiałam się przy poprzedniej powieści - wielowątkowość. Tak, pod tym względem nic się nie zmieniło, wątków nadal jest sporo, Zaczyńska dalej wrzuca jak do wora bez dna, ale tym razem to wszystko ma jakiś sens. Jedno wynika z drugiego i mam wrażenie, że ominięcie chociaż jednego wątku mogłoby sprawić, że Kobieta z Impetem coś by straciła.

Najnowsza powieść Zaczyńskiej to lekka (przy czym wcale nie głupia!) powieść. Naszpikowana dobrym humorem, szalonymi pomysłami, z wciągającym wątkiem kryminalnym i niemniej ciekawymi wątkami pobocznymi. Idealna na okres wakacyjny.

Czy polecam? No polecam i... wierzę, że da się jeszcze lepiej. Czekam!

Mariola Zaczyńska, Kobieta z Impetem, Warszawa, Prószyński i S-ka 2014

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Są tacy autorzy, na których książki czeka się z radością, niecierpliwością, ale i wielką obawą, że może tym razem nie dadzą rady i zawiodą. Do takich autorów należy Anna Gavalda. Na jej najnowszą powieść czekałam, przebierając nogami odkąd tylko ujrzałam ją w zapowiedziach, a gdy już znalazła się w moich rękach, entuzjazm jakoś opadł i z ogromną ostrożnością odchylałam okładkę, niepewna tego, co znajdę w środku. 

Ku mojej ogromnej uldze okazało się, że to dokładnie ta sama Anna Gavalda, którą pokochałam za jej Po prostu razem. Świeża, zaskakująca, potrafiąca w krótkich, prostych, czasem urwanych zdaniach, uchwycić ogrom emocji, które czytelnik podczas lektury odczuwa całym sobą.

Wszystko zaczyna się dość niebezpiecznie. Billie i Francka poznajemy w sytuacji, w której nie jesteśmy pewni jak długo będziemy mogli z nimi jeszcze przebywać, w sytuacji, która zdaje się zagrażać ich życiu, a na pewno zdrowiu. A potem robimy w tył zwrot i... poznajemy tę historię od początku. Billie jako narratorka pokazuje nam wszystko to, co doprowadziło do sytuacji, w której obydwoje z Franckiem się właśnie znajdują. I chyba dopiero w tym momencie zaczyna się opowieść o tym, co może czytelnika zaskoczyć, przerazić, doprowadzić do ogromnej wściekłości i bezsilnego zaciskania pięści, sprawić, że będziemy mieli ochotę krzyczeć, a może i uciekać. Ale to też historia, która wielokrotnie nas wzruszy, a chwilami wywoła nawet uśmiech.  

Billie to przejmująca opowieść o dwójce wyrzutków, nad których życiem wciąż ciążą demony z przeszłości. Outsiderów, którzy przez to, co spotkało ich w dzieciństwie nie do końca potrafią odnaleźć się w dorosłym życiu. Gdzie indziej mogliby szukać schronienia jak nie u siebie nawzajem? Kto inny lepiej zrozumie krzywdę niż ktoś, kto doświadczył podobnej?

Te pół godziny, spędzane razem co środę na spacerze, wystarczało nam, żeby nabrać sił na resztę tygodnia. Tak naprawdę nie rozmawialiśmy ze sobą, ale byliśmy razem i szliśmy w kierunku naszych dobrych wspomnień. I to było to. To nas trzymało przy życiu.*

Sama kreacja Billie jest dla mnie istnym majstersztykiem. To postać, która wywołuje w czytelniku całą gamę emocji. Od współczucia, przez chęć zaopiekowania się nią, po ogromną złość, gdy dokonuje, łagodnie mówiąc, dość kiepskich wyborów. To kobieta ogromnie złożona. Silna wtedy gdy trzeba, a jednocześnie dość słaba i potrzebująca pomocy z zewnątrz. Pozornie radząca sobie z życiem i tym, co ono dla niej przygotowało, a jednocześnie dość zagubiona i bezradna. Zamknięta na uczucia, a jednocześnie ponad wszystko pragnąca miłości.

A miłość u Gavaldy jest niebanalna i daleka od schematów. Zupełnie niespodziewana, wymykająca się wszelkim ramom, w jakich chciałoby się ją zamknąć. A przede wszystkim, jak stwierdzają w pewnym momencie bohaterowie książki, miłość nie ma nic wspólnego z atlasem anatomicznym**. I może to właśnie jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Anna Gavalda, Billie, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2014

*s. 98

**s. 219

wtorek, 05 sierpnia 2014

Przede mną jeszcze co prawda druga część przygód sióstr Sucharskich, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby w międzyczasie nie sięgnąć po najnowszą powieść Olgi Rudnickiej, dla mnie (bałam się to napisać po pierwszej przeczytanej książce, ale po drugiej sama sobie udzielam stosownego pozwoleństwa) prawdziwej mistrzyni w swoim gatunku. 

Filip Nadziany i Krystian Dziany mają niesamowitego pecha, przy czym od razu trzeba zaznaczyć, że żaden z nich nie należy do, skądinąd dość uroczego, ale często lekko denerwującego, typu ofermy, czy też totalnej życiowej niedojdy, której wszystko leci z rąk. Kiedyś koledzy ze szkoły policyjnej, dziś spotykają się ponownie w dość... niespodziewanych okolicznościach. Ten pierwszy po, hmm, że tak powiem, małej aferce o zabarwieniu erotycznym, postanawia zaszyć się w maleńkiej wioseczce, gdzie nikt go nie zna i być może nie widział jego kompromitujących zdjęć. Drugi z powodu nieco wstydliwego incydentu w pracy, postanawia z niej zrezygnować i rozpocząć na własną rękę działalność detektywistyczną. W rozkręceniu której pomoże mu ten trzeci - Gianni, mężczyzna, na którego widok płeć piękna mdleje, a ta nieco brzydsza zaczyna trzymać się na baczności, mężczyzna, o którym krążą legendy, nie tylko w kryminalnym świadku i mężczyzna, który dostarczy Krysiowi pierwszą sprawę, do rozwiązania której sprowadził go z samych Włoch boss jednego z gangów. 

Jak z powierzonym mu zadaniem poradzi sobie detektyw ledwo rozpoczynający karierę, dlaczego ktoś wykorzystuje nazwisko nieżyjącego od lat dziadka Nadzianego, czego można dowiedzieć się na poczcie i jaką rolę w całej tej zakręconej historii odegra urodziwa, acz twarda, odważna i niezależna właścicielka wiejskiego pensjonatu? Przeczytajcie!

Zanurzcie się w ten świat gangsterskiego półświatka, w którym w(y)padki zdarzają się nader często, pewną dziewczynę ratuje Polak o włoskim temperamencie, a gangsterzy mają niemałe problemy... z własnymi dziećmi, stając się albo słodcy jak cukierek na każde skinienie ukochanej córeczki albo totalnie wściekli z powodu gamoniastego syna, który nigdy w życiu nie będzie w stanie zająć się imponującym dorobkiem tatusia.

Fartowny pech to pełna pomyłek, żartów sytuacyjnych i językowych, świetnie wykreowanych postaci, a przede wszystkim dobrego humoru, komedia kryminalna, którą czyta się z niekłamaną przyjemnością, raz po raz wybuchając śmiechem. Może nie aż tak dobra jak Natalii 5, bo je ciężko będzie przebić, ale naprawdę warta poświęconego na nią, niestety bardzo krótkiego, czasu. Tak jak pokochałam siostry Sucharskie, tak kocham Nadzianego, Dzianego i Gianniego. No, może w nieco innej kolejności.

Więc czytajcie moje kochane grzybki, czytajcie, a na pewno nie będziecie żałować! Ba! Będziecie mieli ochotę na więcej!

Olga Rudnicka, Fartowny pech, Warszawa, Prószyński i S-ka 2014

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 218
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin