piątek, 28 sierpnia 2015

Trudno przejść obojętnie obok książki, która wzbudza zachwyty w ogromnej liczbie czytelników. Jeszcze trudniej przejść obojętnie obok zbioru reportaży polecanych przez mistrzynię tego gatunku. Wydawało mi się, że to po prostu musi być dobre...

Po części zgadzam się z Hanną Krall, bo faktycznie Dysforia to książka gorzka i przenikliwa, tyle, że nie do końca zabawna. Albo zabawna tylko do pewnego momentu. Najnowszy zbiór reportaży Marcina Kołodziejczyka to, zgodnie z podtytułem, przypadki mieszczan polskich, ale przypadki w dużej mierze pokazujące niestety tę naszą gorszą stronę, pełną niezadowolenia, kręcenia nosem, narzekania, ale i swego rodzaju głupoty. Jest tu więc miejsce na sfrustrowanych pracowników, zazdrosne koleżanki, osiedlowych plotkarzy, tych, którzy tęskniąc za poprzednim ustrojem wciąż psioczą na nowy. Są ci, którzy zawsze mają racje, ci, którzy zawsze wiedzą lepiej, ci, którzy życiem innych zajęci są znacznie bardziej niż własnym. To wszystko jest nieco wyolbrzymione, przedstawione może w nieco krzywym zwierciadle, pokazane tak, że tekstom tym bliżej chyba do opowiadań inspirowanych faktami niż do reportaży sensu stricto. Nie chcę wierzyć, że to wszystko jest prawdziwe, że tak naprawdę wyglądamy.

Znajdziemy tu teksty lepsze i gorze, jedne nie wywołały we mnie żadnych emocji, inne bardzo mi się podobały. Faktem jednak jest, że Dysforia to książka zupełnie nie w moim stylu, nie odnajduję się w tym. Kołodziejczyk jak dla mnie pisze zbyt chaotycznie, dostosowuje się do języka swoich bohaterów, stylizuje swoje utwory tak, aby jak najlepiej oddać charakter opisywanych postaci i sytuacji, ale ja się w tym gubię. Czytając nie potrafiłam się skupić, często wypadałam z rytmu, musiałam wracać kilka zdań wstecz, by się odnaleźć, w efekcie czego byłam czytaniem bardziej zmęczona niż usatysfakcjonowana. Zaś po przerzuceniu ostatniej kartki bardzo boleśnie uświadomiłam sobie, że mimo wszelkich starań niewiele we mnie po tej lekturze zostało. Rozumiem zachwyty nad tą prozą, ale mimo szczerych chęci nie podzielam ich.

Marcin Kołodziejczyk, Dysforia. Przypadki mieszczan polskich, Warszawa, Wielka Litera 2015

środa, 19 sierpnia 2015

Nie wiem czy to kwestia moich upodobań kulinarnych, zupełnie, jak się zdaje, innych od tego, co lubi Sadowska czy też tego, że książka I jak tu nie jeść jest po prostu kiepska, ale niestety poza ładnym wydaniem nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania.

Przepisy w I jak tu nie jeść zostały podzielone na osiem rozdziałów:

Tyś, czyli alternatywa dla słoiczków

stan ciekły, czyli pijemy

na rozgrzewkę, czyli zupy

pasty i omasty

kasze i ryże, czyli sypnij na zdrowie

miałam w domu i nie mogłam się powstrzymać

koktajle, czyli witaminowe bomby 

oraz słodycze, czyli można (prawie) bez cukru.

Poza nimi w książce znalazły się także żywieniowe ciekawostki prof. Hanny Kunachowicz, dzięki którym dowiemy się między innymi czy to prawda, że pomidory pomagają w walce ze skurczami mięśni, a czosnek pozwoli odgonić przeziębienie, jak często powinniśmy jeść ryby oraz poczytamy o zbawiennych właściwościach fasoli jaś i szałwii hiszpańskiej. Znalazło się też trochę miejsca dla kilku wspomnień Beaty Sadowskiej i to moim zdaniem najmocniejsza część całej książki.

Lubiłam podpatrywać mamę w kuchni. Zawijałam z nią rogaliki z różą, wałkowałam ciasto na makaron i rolowałam na leniwe. Wpatrywałam się w wielki kamień, który przygniatał świeżo zrobione wafle z czekoladą. Pamiętam drewniany biały zydelek, na którym mama siedziała, obierając warzywa na zupę. Te warzywa zawsze będą mi się już kojarzyły z krupnikiem*

Co do samych przepisów... no ja nie jestem zadowolona. Mam wrażenie, może mylne, ale jednak, że znajdziemy tu w znacznej większości same papki i napoje, nic konkretnego. Przydałoby się trochę więcej propozycji obiadowych, no bo halo, chyba odżywiając się zdrowo i pysznie nie jemy jednak samych hummusów i koktajli? Poza tym to chyba też nie moje smaki, bo mimo wszelkich zapewnień o doskonałym smaku chyba jednak nie zdecydowałabym się na hummus z buraka, puree lub chipsy z pietruszki czy burakowy pęczak z topinamburem. Oczywiście poza tymi, które nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, a nawet wywołały efekt odwrotny do zamierzonego, znalazłam także kilka przepisów, które na pewno wypróbuję, jak chociażby dynia w rytmie chilli, zielone curry z mango i nerkowcami, nutella z awokado czy brownie z czerwonej fasoli.

Mam wrażenie, że książka powstała pod wpływem impulsu, na fali mody na bycie i jedzenie fit, nie była chyba do końca przemyślana. Jestem pewna, że znane nazwisko i obietnica 63 przepisów na pyszne i zdrowie dania pewnie niejednego zachęci do zakupu, ale nie jestem pewna czy przepisy typu napój na rozgrzewkę (Imbir i cytrynę zalać gorącą wodą. Po 2-3 minutach dodać miód**.), espresso z rooibos (Do dolnej części ekspresu przelewowego wlać tyle wody ile normalnie potrzebujemy do espresso. Górną część wypełnić rooibos. Zdjąć ekspres z kuchenki, kiedy woda zacznie parować***.) czy koktajl zielono mi (1 dojrzałe awokado, 1 banan 2 płaskie łyżeczki sezamu, 3-4 gałązki natki pietruszki - wszystko zmiksować****, et voila!) są naprawdę warte prawie 40 zł.

Beata Sadowska, I jak tu nie jeść, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2015

*s. 9

**s. 56

***s. 68

****s. 216

niedziela, 26 lipca 2015

Kiedyś Łukasz Zamilski. Dziś Robert Rient. Wcześniej świadek Jehowy, dziś człowiek, który wyrwał się z tego środowiska. W międzyczasie mężczyzna zagubiony, poszukujący, żyjący w strachu, niepewności, ze wstrętem do samego siebie, otaczającego go świata, wspólnoty, w której przyszło mu żyć.

Świadkowie Jehowy nie chcą rozmawiać. Nie po to pukają do obcych drzwi. Przyszli nawracać. Nie są zainteresowani innym od własnego sposobem myślenia, oni znają prawdę. Teraz, wytrenowani na zebraniach, użyją wszystkich narzędzi i środków, by do prawdy zaprowadzić innych. Zrobią to z uśmiechem, życzliwie, rozumiejąc każdy problem, który dręczy człowieka dopóty, dopóki się nie ochrzci*.

Chodzą od drzwi do drzwi, próbując nauczać, przekonać do swoich prawd, a czasami po prostu wywołać jakiekolwiek zainteresowanie. Nawiązać relację, by wrócić i zachęcić tego, u którego w końcu pojawił się błysk zrozumienia w oku, by do nich dołączył. Często drażnią, czasem są zbyt nachalni, ale prawda jest taka, że większość z nas zupełnie nie zwraca na nich uwagi. Odwraca wzrok, odkłada słuchawkę domofonu, zamyka drzwi przed nosem. Łukasz Zamilski prowadzi nas za kulisy świata świadków Jehowy, który przeraża, wstrząsa i każe się zastanowić dlaczego nadal jest ich tak wielu. Czułam się jakbym dostała obuchem w łeb czytając o tym, jak dwunastoletnie dziewczynki umierały odmawiając transfuzji krwi, która mogłaby je uratować. Nie wierzyłam, że można odciąć się od dziecka dlatego, że postanowiło odejść od wspólnoty. Nie mogło do mnie dotrzeć, że ze zbliżenia, pocałunku, trzymania za rękę, można się tłumaczyć przed komitetem sądowniczym składającym się z trzech braci starszych**, którzy mogą pytać o najintymniejsze szczegóły.

Jeśli urodzisz się w rodzinie świadków po prostu musisz się dostosować. Przyjąć tę religię, ich prawdy, ten sposób życia. Czuć się wykluczonym ze środowiska, odstającym od rówieśników, a później zagubionym, gdy zaczyna do Ciebie docierać, że chcesz od życia czegoś więcej, że może zasady, w które wierzyłeś od zawsze, zakazy, które Ci od zawsze wpajano warto w końcu odrzucić, by nie zamknąć się tam, skąd nie będzie już ucieczki. O tym wszystkim pisze Rient, przeplatając swoje spojrzenie ze szczerymi, a czasem bardzo intymnymi wyznaniami Łukasza oraz ze stopniowym odkrywaniem szczegółów z życia świadków Jehowy. 

Świadek to wstrząsająca opowieść nie tylko o środowisku, o którym niewielu z nas wie coś więcej, coś ponad stworzone przez nas samych wyobrażenia, ale chyba przede wszystkim historia człowieka, który w pewnym momencie się zwyczajnie gubi w tym świecie. Świecie, w którym każdy czegoś wymaga, a nie wszystkie wymagania można spełnić. W którym próbując się dostosować do większości zaczynamy tracić samych siebie. W którym własne potrzeby giną po drodze do zadowolenia innych. Opowieść o dojściu do tego krytycznego momentu, gdy trzeba znaleźć w sobie ogromne pokłady siły, by nie był to moment ostatni.

Polecam, choć nie będzie to łatwa przeprawa. 

Robert Rient, Świadek, Warszawa, Dowody na Istnienie 2015

*s. 163

**s. 101

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 238
| < Wrzesień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
Tagi


Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin
Google+