piątek, 27 lutego 2015

Ciotka Peg była dla siedemnastoletniej Ginny jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą osobą w życiu. Trudno pogodzić się z odejściem kogoś, kto tyle dla nas znaczył, ale Peg pomyślała i o tym, zostawiając siostrzenicy tytułowe 13 małych błękitnych kopert, które pozwolą dziewczynie nie tylko przetrwać okres żałoby, ale odwiedzić miejsca, w których ciotka bywała i poznać ludzi, którzy odegrali znaczącą rolę w ich życiu. Wyposażona w tajemnicze wiadomości, 1000 dolarów znalezione w pierwszej kopercie i bilet lotniczy do Londynu, Ginny wyrusza w podróż, która pozwoli jej odkryć kim naprawdę jest...

Sama koncepcja kolejnych listów, czytanych po sobie dopiero po wykonaniu zadania z poprzedniego, jest naprawdę świetna i mogłaby dać podstawę do absorbującej fabuły, sprawić, że czytelnik będzie z niecierpliwością śledził kolejne strony, nie mogąc się wraz z bohaterką doczekać otwarcia kolejnych kopert. W przypadku 13 błękitnych kopert zajmująco niestety nie jest, bo o ile pomysł był dobry, to gdzieś w połowie okazuje się, że na samym pomyśle daleko się nie zajedzie i kolejne zadania w pewnym momencie przestają tracić sens kolejno dla czytelnika, bohaterki, a w końcu, mam wrażenie, i dla samej autorki.

Brakuje w powieści Maureen Johnson jakiegoś ciągu przyczynowo-skutkowego. Każde zadanie, każdy list mógłby w zasadzie żyć własnym życiem, bo w większości przypadków ani kolejne nie wynikają z poprzedniego, ani są od siebie zależne. Jeździ więc biedna Ginny po Europie, właściwie bez większego sensu, wszędzie robiąc mniej więcej to samo, poznając ludzi, z którymi czasami zamienia jakieś dwa zdania, a czasem więcej, ale to też właściwie do niczego nie prowadzi, bo gdyby wyciąć kilka spotkań po drodze, to nie wiem czy cokolwiek by to zmieniło. I może zrobiłoby się trochę ciekawiej, gdyby postawić na te podróże właśnie, przybliżyć charakterystyczne miejsca, ale i pod tym względem powieść wypada raczej marnie. 

Miałam wielkie nadzieje związane z tym tytułem, liczyłam na fascynującą literacką podróż i niestety się przeliczyłam. Choć powieść Johnson należy do tych, które czyta się łatwo, szybko i powiedzmy, że przyjemnie, to niestety nie jest niczym więcej niż niewiele wnoszącym do życia czytadłem dla nastolatek. 

Maureen Johnson, 13 małych błękitnych kopert, Warszawa, Wydawnictwo Egmont 2007

niedziela, 22 lutego 2015

Bloga Make cooking easier chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Wydaje mi się, że każdy, kto poszukuje kulinarnych inspiracji w internecie musiał choć raz w życiu trafić na stronę Zosi Cudny. Jej książka jest zaledwie małym wycinkiem tego, co możemy znaleźć na stronie, ale wycinkiem dopracowanym, pięknie wydanym i takim, który po prostu przyjemnie mieć na półce.

Podzielona na cztery części książka prezentuje po 12 przepisów na każdą porę roku. Znajdziemy więc tu receptury na wiosenne, letnie, jesienne oraz zimowe śniadania, obiady i desery, podzielone tak także ze względu na sezonowość niektórych produktów, a wszystko okraszone ogromną ilością pięknych zdjęć.

Właściwie w każdej z części znalazłam coś, co chętnie wypróbuję we własnej kuchni, tym bardziej, że przepisy są dość proste, a produkty ogólnodostępne. Chętnie zrobię nieskomplikowane ciasto czekoladowe z orzechami laskowymi oraz kruchą tartę z orzechami włoskimi. Korci mnie ogromnie mazurek cytrynowy i puszyste serniczki cytrynowe na zimno. Ze względu na domowe gofry z truskawkami oraz krem ze świeżego groszku cukrowego, już nie mogę doczekać się lata. Kusi mnie też ogromnie ciasto jogurtowe z morelkami. I takim sposobem wychodzi na to, że... cóż, nie da się ukryć, że uwielbiam desery! :)

Ale za to dodam, że zdążyliśmy już wypróbować wcale nie deserowy, a obiadowy przepis na pieczony udziec z indyka z gruszkami, pomarańczami i świeżym tymiankiem, który zresztą miał być uwieczniony na zdjęciu, ale niestety... nie zdążył.  

Make cooking easier. Przepisy na cztery pory roku, jedna z najładniej wydanych książek kulinarnych, jakie miałam w rękach, to niepowtarzalne fotografie, na widok których leci ślinka, twarda oprawa, wstążeczka pełniąca rolę zakładki, a przede wszystkim przepisy na dania, które nie powinny sprawić nam większych problemów. I szkoda tylko, że w porównaniu do liczby zdjęć, liczba przepisów zawartych w książce jest naprawdę niewielka, ale cóż... w przypadku niedosytu jaki pozostawi po sobie publikacja papierowa, zawsze jeszcze pozostaje nam blog, na który serdecznie zapraszam.

Zosia Cudny, Make cooking easier. Przepisy na cztery pory roku, Poznań, Rebis 2014

wtorek, 17 lutego 2015

Premiera 18 lutego!

Powinnam chyba zacząć od pogratulowania autorce. Więc gratuluję, bo coraz rzadziej zdarza mi się to przy książkach, a tym razem... czuję się psychicznie poturbowana.  

Aneta i Wojciech Raczyńscy to para, której niejeden mógłby zazdrościć. Piękni jak z obrazka, stosunkowo młodzi, dobrze usytuowani, zarabiający znacznie więcej niż przeciętny Kowalski, świetnie dogadujący się w sypialni, jak i poza nią. W tym idealnym, tworzonym przez lata obrazku nagle zaczyna jednak czegoś brakować. Jest świetna praca, jest zadbane mieszkanie, jest dwójka, mimo upływu czternastu lat, zakochanych w sobie do szaleństwa osób, przydałoby się dziecko, prawda? W końcu taka kolej rzeczy. Ale co jeśli dziecko, mimo usilnych starań i coraz głośniej tykającego zegara biologicznego jakoś nie chce się pojawić? Cóż, wtedy rozpoczyna się walka z czasem, seks w sterylnych warunkach i z zegarkiem w ręku, a pragnienie dziecka powoli zaczyna przeradzać się w obsesję.

Już poprzednią książką Barbara Sęk udowodniła, że sięganie po trudne tematy nie stanowi dla niej żadnego problemu. Teraz tylko to potwierdziła, pisząc tym razem o niepłodności w związku. A zadanie to tym trudniejsze, że stawia się nie w roli kobiety, ale mężczyzny. Mężczyzny powoli ze swej męskości odzieranego, zagubionego, pragnącego spełnić obsesyjne pragnienia żony i nie zatracić w tym wszystkim samego siebie.

Niewiele wiem o niepłodności, nie mam więc pojęcia czy Barbara Sęk wiernie oddała realia, czy posługuje się poprawną terminologią, czy nie pomyliła się przy kwotach, czy nie dopuściła się jakichś przekłamań. Miłość na szkle sprawia wrażenie doskonale dopracowanej, wydaje mi się, że autorka naprawdę dobrze przygotowała się do tematu, ale szczerze? Nie obchodzi mnie to, bo nawet jeśli w którymś momencie rozminęła się z prawdą, to stworzyła bohaterów z krwi i kości, których historia porusza do głębi. Bardzo dawno nie wzruszyłam się przy żadnej książce, a tutaj popłakałam się już w połowie. Nad losem nie tylko dwójki głównych bohaterów, ale ludzi postawionych w podobnej sytuacji. 

Historia Anety i Wojtka w wielu momentach zwyczajnie boli. Dosłownie, fizycznie. Widzimy ich łzy, słyszymy ich krzyk, odczuwamy ich paraliżującą bezsilność wobec problemu. To dwójka zagubionych osób, startujących z tej samej pozycji, którzy choć powinni walczyć wspólnie, w końcu zaczynają walczyć przeciwko sobie, wzajemnie się wyniszczając. Miłość na szkle to nie tylko ukazanie problemu niepłodności, to przede wszystkim wyczerpujące studium przypadku. Barbara Sęk odmalowuje przed nami silny, trwały, zdający się przetrwać wszystko związek, który nagle, postawiony w obliczu nieznanej dotąd trudności, zwyczajnie zaczyna walić się w gruzy. Związek, w którym wzajemną troskę i przywiązanie, zaczynają zastępować narastające pretensje, w którym wspólny cel zostaje zastąpiony przez ogromny egoizm i wzajemne niezrozumienie.

Barbara Sęk nie szczędzi swoich bohaterów. Na każdym kroku rzuca im kłody pod nogi, w każdej sekundzie stara się im wszystko utrudnić, a nagromadzenie nieszczęść w jej powieści jest tak wielkie, że w pewnej chwili sama miałam ochotę krzyknąć dość!, bo ile jeszcze człowiek może znieść? Ale przecież i w życiu częstokroć tak jest, że jak coś się zaczyna sypać, to nagle wali się wszystko wkoło.

Zdarzały mi się w trakcie lektury momenty, kiedy patrzyłam na Anetę i Wojtka nie jak na bohaterów książki, ale jak na... siebie i M., zastanawiając się co my byśmy zrobili, jaką decyzję my byśmy podjęli, wreszcie czy bylibyśmy w stanie przetrwać tak ciężką próbę. Miłość na szkle to powieść, która zmusiła mnie do przemyśleń, do zadania kilku niełatwych pytań, do spojrzenia na własny związek z zupełnie innej, nowej perspektywy. I to chyba powinno być najlepszą rekomendacją tej książki.

Miłość na szkle to książka mocna, odważna i prawdziwa. Polecam z całego serca i napisałabym, że czekam z niecierpliwością na kolejną powieść autorki, ale aż się boję czym jeszcze może mnie zaskoczyć następnym razem.

Barbara Sęk, Miłość na szkle, Warszawa, Świat Książki 2015

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 231
| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi


Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin
Google+