środa, 30 lipca 2014

To, że Michael O'Dell pewnego dnia wpadł pod samochód naprawdę nie było największym dramatem w jego życiu. Nieco poturbowany, ale wciąż żywy, nagle traci chęć na cokolwiek, a pogłębiający się dołek potęguje utrata pracy, perspektywa sprzedania rodzinnego domu i poczucie, że naprawdę do niczego się nie nadaje. Jakby wszystkiego było mało, okazuje się, że Rosie - jego córka, prawdopodobnie będzie zmuszona zmienić szkołę, syn - Declan - dość mocno angażuje się w coś, czego nigdy nie powinien się tykać, a poczynania rodziny z uporem maniaka zaczyna śledzić niezbyt normalny policjant. Tyle dobrze, że nad wszystkim jakoś stara się panować Wendy - żona, matka i prawdziwa ostoja całej rodziny.

Bardzo zaskoczyła mnie, wciąż rzadko jednak stosowana, narracja drugoosobowa. I początkowo było to dla mnie dość dziwne doświadczenie, zwłaszcza, że bohaterem powieści jest mężczyzna, szybko się jednak do tego przyzwyczaiłam i po lekturze doszłam do wniosku, że Czysty obłęd w innej, typowej narracji, już nie robiłby takiego wrażenia. To właśnie dzięki bezpośredniemu zwracaniu się do czytelnika, autor pozwolił totalnie utożsamić się ze swoim bohaterem. W moim przypadku utożsamić tym bardziej, że mimo okropnie denerwującego charakteru, Michael O'Dell przypominał mi mnie samą. Ten sam pesymizm, to samo widzenie wszystkiego w czarnych barwach, ta sama obawa przed życiem, przed przyszłością, przed krokiem w przód, ta sama niepewność… Czysty obłęd.

Ta powieść jest jak jazda na karuzeli, na której absurd goni absurd, a nieszczęśliwe zbiegi okoliczności są tak częste, że aż ciężko w nie uwierzyć. Choć chyba i w życiu tak się dzieje. Zaczyna się od jednego nieszczęśliwego wypadku, a potem już leci jeden za drugim i w pewnym momencie, dokładnie tak jak bohater książki, czujesz się, jakbyś nagle trafił do alternatywnego wszechświata, Krainy Czarów, w której nie ma Alicji, są za to szaleni myśliwi i nieprawdopodobne zbiegi okoliczności.*

Lamprell przez swój powieściowy debiut próbuje nam przekazać, że rodzina jest najważniejsza, wszystko w życiu w końcu się układa, a jeśli mamy wokół siebie ludzi, którzy nas kochają i wspierają nasze działania, to naprawdę nie jest z nami jeszcze aż tak źle. No i że nastoletnie dzieci to naprawdę nie koniec świata, nawet jeśli mają dość bliskie spotkania… z narkotykami i policją. Czasem potrzeba naprawdę mocnego uderzenia w głowę, aby wreszcie dostrzec to, co najbliższe i jednocześnie najważniejsze.

Czujesz, że jesteś szczęściarzem. Najpierw tylko z powodu tej chwili rodzinnego ciepła, ale potem w sensie bardziej uniwersalnym: jesteś częścią czegoś dużo większego od siebie, czegoś, co przechodzi z ciebie na twoje dzieci, a potem z nich przejdzie na ich dzieci i tak dalej.**

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Mark Lamprell, Czysty obłęd, Warszawa, Prószyński i S-ka 2014

*s. 156

**s. 288

sobota, 26 lipca 2014

Może nie każdy cel wart jest tego, by dążyć do niego po trupach? Kitty Logan, młoda dziennikarka z ambicjami, była tak skupiona na rozwoju własnej kariery, że przestała zwracać uwagę na innych ludzi i pewnego dnia poszła o jeden krok za daleko, rzucając na wizji fałszywe oskarżenia i niszcząc w ten sposób życie niewinnemu człowiekowi, a przede wszystkim sobie samej. Choć od tamtego wydarzenia minęło kilka miesięcy, to właśnie zbliża się proces o zniesławienie, kariera Kitty zostaje zagrożona, drzwi wejściowe do jej mieszkania są urozmaicane najróżniejszymi ozdobami, a ją samą dręczą wyrzuty sumienia, których nie potrafi się pozbyć. Na domiar złego musi pożegnać się z jedną z najbliższych sobie osób - Constance - szefową, zwierzchniczką, a głównie przyjaciółką, na której wsparcie zawsze mogła liczyć. Jak się okazuje Constance zostawia jej jednak coś bardzo cennego. Zadanie, którego sama nie zdążyła wykonać. Listę stu nazwisk, która… no właśnie. Która co? W tym momencie zaczyna się właściwa akcja powieści, szukanie osób zamieszczonych w tajemniczym wykazie, próba połączenia ich ze sobą w jakiś sensowny sposób i dążenie do odkrycia tego, co Constance tak bardzo chciała Kitty przekazać.

Cecelia Ahern po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać, tworzyć wiarygodne postacie i wciągającą fabułę. Sto imion sprawia, że czytelnik na kilka chwil odrywa się od problemów dnia codziennego i zatapia w niezwykłej historii o najzwyklejszych ludziach, która wywołuje zarówno uśmiech i łzy. 

Autorka przemyca w swojej powieści kilka prostych prawd, niby dobrze nam znanych, ale jednocześnie takich, o których w codziennym biegu zapominamy. Pomiędzy wierszami znajdziemy więc trochę o tym, że trzeba wierzyć w siebie nawet jeśli inni już dawno przestali w nas wierzyć, że najpiękniejszy prezent to ten dany z potrzeby serca, piękno ukryte jest czasem bardzo głęboko, a szczęściu często trzeba dopomóc i dążyć do spełniania własnych marzeń. Sto imion to także swoisty hymn na temat wyjątkowości każdego z nas. Ahern przekonuje, że każdy jest niepowtarzalny i każdy nosi w sobie niezwykłą historię. Niby banał, ale przecież właśnie te banały, to, co wydaje nam się pozornie zupełnie nieistotne, tworzą coś wyjątkowego.

Każdy zwykły człowiek ma jakąś niezwykłą historię. Możemy wszyscy sądzić, że jesteśmy nijacy, że nasze życie jest nudne, tylko dlatego, że nie dokonujemy epokowych odkryć, nie zdobywamy Nobla czy Oscara, nie piszą o nas w gazetach. Jednak prawda jest taka, że wszyscy robimy coś, co jest fascynujące, co jest ważne, z czego możemy być dumni. Codziennie ludzie dokonują czynów, których nikt nie opiewa.*

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Cecelia Ahern, Sto imion, Warszawa, Wydawnictwo Akurat 2014

*s. 438

środa, 23 lipca 2014

Kuchnia osadników bardzo mnie zaskoczyła. Spodziewałam się opowieści okołokulinarnych, zwiedziona dodatkowo tym, że kuchnia pojawia się już w tytule. Byłam pewna, że to właśnie ona stanowić będzie centrum wydarzeń opisywanych przez Alibhai-Brown, że będzie punktem wyjścia do opowieści o życiu autorki, że smaki i zapachy będą się wydobywać spomiędzy stron. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Zamiast zapachu indyjskich czy afrykańskich potraw, spomiędzy stron dociera do nas tęsknota za tym, co utracone. To życie autorki oraz jej rodaków jest osią książki, kulinaria w Kuchni osadników stanowią jedynie miły dodatek.

Być może część opowieści zamieszczonych w Kuchni osadników nieznacznie mija się z prawdą, ale sama autorka tłumaczy to tak: Moje wspomnienia z dorastania w Afryce Wschodniej w latach pięćdziesiątych są zbyt żywe, by mogły być dokładne. Historie, które słyszałam, i te, których doświadczyłam, trudno mi już rozplątać. Pamiętam, że nie pasowałam do świata i zawsze miałam problem z krajem, w którym się urodziłam. Czy była to Afryka? Dodatkowy kawałek Indii? Albo Mała Anglia, tyle że słoneczna?*

Jako czytelnik miałam jednak wrażenie, że mimo zatarcia się w jej pamięci pewnych obrazów, Yasmin Alibhai-Brown z ogromną dbałością o szczegóły opisuje historię hinduskiej diaspory w Afryce, zwracając uwagę na daty, zmieniających się władców, opisując zależności polityczne. To momentami sprawia, że niektóre fragmenty Kuchni osadników stają się przyciężkawe i zaczynają nużyć. Niemniej jednak autorka rozrzedza to wszystko historią własnej rodziny. Wraca do czasu jeszcze przed swoim urodzeniem, opisując poznanie swoich rodziców i analizując ich relacje. Mamy okazję przyjrzeć się też jej własnemu dzieciństwu, całej drodze edukacji, jaką mimo wszelkich przeciwności losu przeszła, potem też spotkaniu przyszłego męża. Autorka, mam wrażenie, bez ogródek opisuje swoje stosunki z rodzicami, ukochanym, z rodzeństwem i własnymi dziećmi. Przyznać muszę, że to właśnie te fragmenty, przeplatane właśnie, czasem bardzo krótkimi, wstawkami o kuchni i potrawach, zainteresowały mnie znacznie bardziej niż to, co działo się w Ugandzie z całą społecznością afrykańskich Azjatów.

Życie Yasmin Alibhai-Brown nie było usłane różami, ani nawet łatwe. Przez cały czas rozdarta pomiędzy różnymi kulturami, niepotrafiąca znaleźć własnego miejsca, spotykała się z rozmaitymi przejawami rasizmu, z każdej możliwej strony. Różni bigoci często każą mi spieprzać tam, skąd przyjechałam. Czyli dokąd właściwie? Do Kampali, gdzie się urodziłam? Czy do Karaczi, skąd pochodził mój ojciec, ale skąd jako siedemnastolatek wyjechał na zawsze do ukochanej Anglii? A może do Porbandaru w prowincji Gudźarat w Indiach, skąd zabrano mojego dziadka ze strony matki, gdy był małym chłopcem? Albo do Dar es Salaam w ówczesnej Tanganice, bo tam urodziła się moja matka? Czy mój błękitnooki mąż Anglik i cudowna mieszana córka także mają wyjechać? A co z naszą piękną angielską synową i synem, dumnym Brytyjczykiem o skórze koloru ciemnego karmelu?** Nic więc dziwnego, że jest w niej odrobina żalu do ludzi, wśród których przyszło jej żyć. I ten żal wraz z ogromną nostalgią są mocno wyczuwalne w Kuchni osadników. Tym bardziej, że dziennikarka nadal nie odnalazła miejsca, które mogłaby nazwać prawdziwym domem. Utrata ojczyzny, puste tęsknoty, wciąż doskwierają. Czasami nawet są odczuwalne mocniej. Mamy już domy, samochody, firmy i złoto, większe i lepsze niż to, co posiadaliśmy w Afryce. Ale jak odbudować wewnętrzne krajobrazy piękna, obrazy zakorzenione jeszcze w dzieciństwie?***

Kolejna książka wydana w serii Dolce vita to historia, którą warto poznać. Jeśli już nawet nie ze względu na wydarzenia w niej opisane, to z uwagi na wielość przepisów jakie znajdziemy w kolejnych rozdziałach i które, po lekturze, z pewnością zechcemy wypróbować we własnej kuchni.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Yasmin Alibhai-Brown, Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2014

*s. 116

**s. 19

***s. 285

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 217
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin