niedziela, 26 lipca 2015

Kiedyś Łukasz Zamilski. Dziś Robert Rient. Wcześniej świadek Jehowy, dziś człowiek, który wyrwał się z tego środowiska. W międzyczasie mężczyzna zagubiony, poszukujący, żyjący w strachu, niepewności, ze wstrętem do samego siebie, otaczającego go świata, wspólnoty, w której przyszło mu żyć.

Świadkowie Jehowy nie chcą rozmawiać. Nie po to pukają do obcych drzwi. Przyszli nawracać. Nie są zainteresowani innym od własnego sposobem myślenia, oni znają prawdę. Teraz, wytrenowani na zebraniach, użyją wszystkich narzędzi i środków, by do prawdy zaprowadzić innych. Zrobią to z uśmiechem, życzliwie, rozumiejąc każdy problem, który dręczy człowieka dopóty, dopóki się nie ochrzci*.

Chodzą od drzwi do drzwi, próbując nauczać, przekonać do swoich prawd, a czasami po prostu wywołać jakiekolwiek zainteresowanie. Nawiązać relację, by wrócić i zachęcić tego, u którego w końcu pojawił się błysk zrozumienia w oku, by do nich dołączył. Często drażnią, czasem są zbyt nachalni, ale prawda jest taka, że większość z nas zupełnie nie zwraca na nich uwagi. Odwraca wzrok, odkłada słuchawkę domofonu, zamyka drzwi przed nosem. Łukasz Zamilski prowadzi nas za kulisy świata świadków Jehowy, który przeraża, wstrząsa i każe się zastanowić dlaczego nadal jest ich tak wielu. Czułam się jakbym dostała obuchem w łeb czytając o tym, jak dwunastoletnie dziewczynki umierały odmawiając transfuzji krwi, która mogłaby je uratować. Nie wierzyłam, że można odciąć się od dziecka dlatego, że postanowiło odejść od wspólnoty. Nie mogło do mnie dotrzeć, że ze zbliżenia, pocałunku, trzymania za rękę, można się tłumaczyć przed komitetem sądowniczym składającym się z trzech braci starszych**, którzy mogą pytać o najintymniejsze szczegóły.

Jeśli urodzisz się w rodzinie świadków po prostu musisz się dostosować. Przyjąć tę religię, ich prawdy, ten sposób życia. Czuć się wykluczonym ze środowiska, odstającym od rówieśników, a później zagubionym, gdy zaczyna do Ciebie docierać, że chcesz od życia czegoś więcej, że może zasady, w które wierzyłeś od zawsze, zakazy, które Ci od zawsze wpajano warto w końcu odrzucić, by nie zamknąć się tam, skąd nie będzie już ucieczki. O tym wszystkim pisze Rient, przeplatając swoje spojrzenie ze szczerymi, a czasem bardzo intymnymi wyznaniami Łukasza oraz ze stopniowym odkrywaniem szczegółów z życia świadków Jehowy. 

Świadek to wstrząsająca opowieść nie tylko o środowisku, o którym niewielu z nas wie coś więcej, coś ponad stworzone przez nas samych wyobrażenia, ale chyba przede wszystkim historia człowieka, który w pewnym momencie się zwyczajnie gubi w tym świecie. Świecie, w którym każdy czegoś wymaga, a nie wszystkie wymagania można spełnić. W którym próbując się dostosować do większości zaczynamy tracić samych siebie. W którym własne potrzeby giną po drodze do zadowolenia innych. Opowieść o dojściu do tego krytycznego momentu, gdy trzeba znaleźć w sobie ogromne pokłady siły, by nie był to moment ostatni.

Polecam, choć nie będzie to łatwa przeprawa. 

Robert Rient, Świadek, Warszawa, Dowody na Istnienie 2015

*s. 163

**s. 101

wtorek, 21 lipca 2015

Lubisz smażony makaron z krewetkami? Nie wyobrażasz sobie życia bez sushi? Koniecznie sięgnij po Tao smaku, a z łatwością przygotujesz swoje ulubione potrawy, ale też przekonasz się, że kuchnia azjatycka to nie tylko to, co serwują w susharniach i budkach z noodle w pudle, ale całe bogactwo smaków, które tylko czeka na to, byś je odkrył.

Ojciec Jacka Wana był Chińczykiem, a on sam przez wiele lat pracował w japońskiej telewizji, prowadził program Między Wschodem a Zachodem (w którym zabierał widzów do krajów Dalekiego Wschodu) i założył pierwszą w Polsce japońską restauracje. Jego Tao smaku to hołd złożony kuchni Wschodu, gdzie niemal w każdym zdaniu widać ogromną fascynację, miłość i szacunek dla japońskich, chińskich, tajlandzkich i wietnamskich specjałów.

Książka została podzielona na cztery rozdziały, a każdy z nich odpowiada kuchni danego kraju. Każdy też został poprzedzony odpowiednim, w każdym przypadku bardzo ciekawym, wstępem, podstawowymi dla danej kuchni przyprawami oraz w przypadku kuchni japońskiej i chińskiej podstawowymi zasadami, które nimi rządzą. Również każdy z przepisów został poprzedzony krótkim wstępem, więcej miejsca poświęcono także konkretnym rodzajom potraw, jak ryż, sushi, zupa misoschiru, tempura, makarony. W ogóle Tao smaku jest jedną z tych książek kucharskich, które nie tylko się przegląda, nie tylko wykorzystuje do przygotowania konkretnych dań, ale również z przyjemnością czyta. Jeśli zaś chodzi o same przepisy (a jest ich ok. 100!), to ja jestem absolutnie zafascynowana, a na naszym stole na pewno prędzej czy później zagości Yam nua (pikantna sałatka z wołowiną), Jiaozi (pierożki pekińskie), Gong bao ji (kurczak z orzeszkami) czy Chi you chao mian (makaron z sosem sojowym). Kuchnia prezentowana przez Jacka Wana to ryby, drób, wieprzowina, wołowina, multum świeżych warzyw i aromatyczne, czasem zupełnie odmieniające proste dania, przyprawy. Ślinka cieknie od samego patrzenia. 

Jednak ja znalazłam również dwa poważne minusy. Jeden z nich to brak zdjęć przy niektórych przepisach. Jakoś już przyzwyczaiłam się do tego, że w książkach kucharskich każda z potraw jest fotografowana i gdy spotykam to odstępstwo od normy jest mi dziwnie. Pewnie też dlatego, że jestem wzrokowcem i choć moje dzieła nigdy nie odwzorują tego, co na zdjęciach, to jednak lubię przed rozpoczęciem gotowania wiedzieć jak coś powinno wyglądać docelowo. Zresztą to często właśnie zdjęcie decyduje o tym, że postanawiam daną recepturę wypróbować.

Drugim minusem jest mała dostępność niektórych składników. Fakt, jeśli już coś uda nam się znaleźć i to kupimy, to pewnie starczy na dużo więcej niż przygotowanie jednej potrawy, ale mimo wszystko odszukanie shichimi (mieszaniny suszonej papryki chilli i ziół japońskich), mirin (rodzaj słodkiej sake), pasty tamaryndowej, cukru palmowego czy sosu nuoc cham może okazać się nie lada wyzwaniem. Nam nawet ciężko było się doszukać trawy cytrynowej (w końcu zamiast niej użyliśmy soku z cytryny), choć wydawać by się mogło, że stała się już ona dość powszechnym dodatkiem. 

Niemniej jednak dla fanów azjatyckiej kuchni Tao smaku może okazać się jedną z najlepszych książek kucharskich, jakie mieli w rękach. 

Jacek Wan, Tao smaku. Podróże kulinarne z Jackiem Wanem, Warszawa, Buchmann 2014

czwartek, 16 lipca 2015

Gdy pewnego wieczoru pod drzwiami Poli Michalak, pojawia się pewna kobieta, nikt jeszcze nie wie jak bardzo zmieni się życie ich obu. Sylwia Kalińska wiele lat temu została porzucona przez biologiczną matkę. Najpierw trafiła do pogotowia opiekuńczego, później pod opiekę Kaszmir, kobiety, która też niekoniecznie nadawała się na matkę. Dziś Sylwia jest dorosłą kobietą, cierpiącą na anemię aplastyczną i wierzącą w to, że jej życie może ocalić wyłącznie siostra-bliźniaczka, którą ledwo pamięta. Która właściwie może być wyłącznie wytworem jej wyobraźni. W jej odnalezieniu pomóc ma właśnie Pola Michalak, młoda dziennikarka, która nie tak dawno odeszła z pracy, z powodu tego, czego doświadczyła jako korespondentka w Syrii. Może jednak nie wszystko, czego chcemy powinno zostać odnalezione, może niektóre tajemnice nie są warte rozwiązania, może do niektórych spraw nie należy wracać, może zwyczajnie przeszłość należy zostawić w spokoju. 

Dla smutku czas nie istniał. Sylwia kolejny raz czuła, jakby zagłębiała się w mulistą zimną wodę. To dziwne, ale im głębiej w nią wchodziła, tym stawało się bardziej oczywiste, że potrafi w niej oddychać*.

Najnowsza powieść Małgorzaty Wardy to opowieść przepełniona smutkiem, w której nie ma miejsca na jakiekolwiek happy endy. To opowieść o dwóch zagubionych kobietach pozbawionych przeszłości i niepotrafiących odnaleźć się w teraźniejszości. Jedna żyje właściwie bez rodziny, ale usilnie próbuje ją odnaleźć, druga we własnej rodzinie czuje się obca i poniekąd próbuje się od niej odciąć. Najpiękniejsza na niebie poza tematem adopcji czy śmiertelnej choroby, z którą Sylwia wciąż próbuje wygrać, bardzo mocno uwydatnia wątek macierzyństwa, pokazując dobitnie to, że być może nie każda kobieta zasługuje na to, by być matką. Że nie każda potrafi się w tym odnaleźć, że niektóre to zdecydowanie przerasta. Z zafascynowaniem możemy więc zaobserwować trzy relacje na linii matka-córka, jakie pojawiają się w życiu głównej bohaterki. Sylwia z biologiczną matką, której właściwie nie pamięta, Sylwia z matką adopcyjną, która też nie była wolna od wad i wreszcie Sylwia sama będąca matką, usiłującą nie popełniać błędów, których doświadczyła na własnej skórze. 

Ze słowem >>matka<< powinny się kojarzyć ciepło, bezpieczeństwo i miłość. Ja nigdy tak nie czułam. Minęły lata, od kiedy ostatni raz wzięła mnie za rękę**.

Kolejny raz w powieści Wardy mamy przeplatanie przeszłości z teraźniejszością, akcja toczy się dwutorowo, właściwie na zmianę obserwujemy to, co dzieje się współcześnie oraz wydarzenia sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat. Mamy też dwie historie: chorej, wręcz umierającej Sylwii, próbującej odnaleźć swoją przeszłość oraz Poli, zamykającej się coraz bardziej w sobie, broniącej się przed światem, usiłującej zapomnieć o tym, co ją spotkało. Narracja czasem się gdzieś urywa, momentami autorka miesza chronologię, gdzieś sygnalizowane są wątki, które zostaną rozwinięte dopiero dużo później, ale przy tym wszystkim książka jest niezwykle spójna i znów tworzy wrażenie powieści konstrukcyjnie bardzo mocno przemyślanej.

Mimo całego uznania dla kolejnej publikacji tej autorki, mam też jednak pewne zastrzeżenia. Otóż, Najpiękniejsza na niebie krąży znów wokół tematu adopcji, zagubienia, poszukiwania własnej tożsamości. Mam przez to wrażenie, że powstała poniekąd przy okazji pisania, nie tak dawno wydanych, 5 sekund do Io (a może było na odwrót), z wykorzystaniem informacji zbieranych do tamtej książki. Może też odrobinę zbyt szybko po niej weszła na rynek. Wydaje mi się, że przez to jest mniej naładowana emocjami, już nie porusza tak bardzo. I choć najnowsza powieść Małgorzaty Wardy nadal trzyma poziom i jest naprawdę bardzo dobrą książką, to czegoś mi w niej brakowało. Albo może zwyczajnie mam świadomość, że tę autorkę stać na wiele więcej...

Małgorzata Warda, Najpiękniejsza na niebie, Wołowiec, Black Publishing 2015

*s. 206

**s. 134

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 238
| < Lipiec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi


Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin
Google+