środa, 25 marca 2015

Lubię książki, które trafiając do mnie przypadkiem, okazują się totalnym zaskoczeniem. Tak właśnie było z Cierpliwym snajperem, powieścią, której sama raczej bym nie kupiła, ba, powieścią, po którą chyba nigdy bym nie sięgnęła, bo wydawało mi się, że to zupełnie nie mój klimat. Gdyby nie to, że właściwie sama wleciała mi w ręce, na pewno nie zwróciłabym na nią uwagi, ale że wleciała... Zaczęłam podczytywać początek i wpadłam jak śliwka w kompot, bo zaczyna się nieźle, a potem jest jeszcze lepiej.

Wszyscy o nim słyszeli, niewielu go widziało. Jest żyjącą legendą, choć nie wychodzi z cienia. To streetartowiec, który ma tysiące rozrzuconych po całej Europie, wyznawców, gotowych zrobić dla niego wszystko, nawet zaryzykować własne życie. Kim jest Sniper, mężczyzna za głowę którego wyznaczono niezłą sumkę? Rozwiązania zagadki podejmuje się Alejandra Valera, specjalistka od współczesnej sztuki, która ma odnaleźć Snipera, by namówić go do wydania jego prac w formie katalogu. Zadanie to niełatwe, tym bardziej, że nie jest ona jedyną, która pragnie odkryć kryjówkę guru grafficiarzy, a w pewnym momencie jej podróż zaczyna robić się coraz bardziej niebezpieczna. Ale, jak się okazuje, Lex też skrywa tajemnicę, która mimo ryzyka, pcha ją do przodu...

Czyli tak to jest, stwierdziłam. Trzydzieści sekund nad Tokio. Podniecenie intelektualne, napięcie fizyczne, ryzykowanie własnym bezpieczeństwem, wola zwyciężająca strach, kontrola nad odczuciami i emocjami, bezbrzeżna euforia poruszania się w nocy, w niebezpieczeństwie, łamanie wszelkich zasad, które porządny świat ustalił albo uważał za ustalone. Balansowanie, z ostrożnością żołnierza, na krawędzi katastrofy. Na niepewnym ostrzu noża*. 

Nie znam się co prawda na graffiti, ale raz, że książka sprawia wrażenie jakby Pérez-Reverte skrupulatnie i dokładnie zbadał temat, a dwa, że stworzył w Cierpliwym snajperze niesamowity i świetnie odwzorowany, klimatyczny świat ulicznych grafficiarzy. Te nocne wypady, to ryzyko związane z tworzeniem wrzutów w naprawdę niebezpiecznych miejscach robi ogromne wrażenie. Autor w idealny sposób rozłożył napięcie, tak że z wypiekami na twarzy śledzimy kolejne wydarzenia, ciekawość nie opuszcza nas od pierwszej do ostatniej strony. Z niecierpliwością czekałam na rozwiązanie, na pokazanie mi kim okaże się Sniper, tworzący wokół siebie tajemnicę, będący wzorem dla rzeszy młodych ludzi, ale też stawiający wyzwania, które wiele osób doprowadzają do ryzykownych czynów, nierzadko kończących się w tragiczny sposób. 

Każdy człowiek spędza większość życia na poszukiwaniu pretekstów pozwalających mu złagodzić własne wyrzuty sumienia. Wymazać ustępstwa i kompromisy. Potrzebuje podłości innych, żeby samemu czuć się mniej podłym. To wyjaśnia żal, zakłopotanie, a nawet urazę, jaką budzą ci, którzy nie ulegli słabości**. 

Najnowsza książka hiszpańskiego autora to rozważania nad współczesną sztuką i tym, gdzie ona się kończy, ustępując miejsca twórczości czysto komercyjnej, ale też sprawnie poprowadzona narracja, bohaterowie pełni zagadek i  akcja nieustająco trzymająca w napięciu. Nie wiem czy sięgnę po inne powieści Péreza-Reverte, ale kusi mnie, żeby poznać jego wcześniejszą twórczość, bo Cierpliwy snajper pozostawił po sobie na tyle dobre wrażenie, że z całą pewnością nie będę już obok książek autora przechodzić zupełnie obojętnie.

Arturo Pérez-Reverte, Cierpliwy snajper, Kraków, Wydawnictwo Znak 2015

*s. 234

**s. 184-185

czwartek, 19 marca 2015

Dużo się po tej książce spodziewałam, bo postać abaccadory była mi dotąd zupełnie nieznana i dopóki nie zobaczyłam tytułu powieści nie miałam pojęcia, że ktoś taki istniał, a i po otrzymaniu książki byłam przez pewien czas pewna, że to nazwa wymyślona przez autorkę wyłącznie na potrzeby fabuły. Otóż nie. Okazuje się, że femmina accabadora w kulturze sardyńskiej znana jest od lat, a w dosłownym tłumaczeniu oznacza służebnicę śmierci, czyli kobietę, która na wyraźną prośbę i za zgodą umierającego lub jego rodziny przeprowadzała eutanazję. Istnieją ponoć również pewne dowody na to, że accabadoras działały w Sardynii jeszcze na początku XX wieku*. 

Brzmi ciekawie, prawda? Tym bardziej w obliczu tego, że eutanazja wciąż poniekąd stanowi temat tabu i wzbudza wiele kontrowersji. Okazuje się niestety, że wcale tak ciekawie nie jest...

Powieść Micheli Murgi rozpoczyna się od adopcji Marii Listru, na którą decyduje się Bonaria Urrai, starsza kobieta, która nigdy nie doczekała się własnego dziecka. Dla Marii przygarnięcie jej przez starą krawcową stanowi poniekąd wybawienie, oto bowiem z ostatniego dziecka, niechcianego i w jakiś sposób zaniedbanego, staje się tym najważniejszym, wyczekanym, któremu poświęca się całą uwagę i zapewnia to, co najlepsze.  

Jak dla mnie, problem z tą książką polega na tym, że tak naprawdę nie wiem o czym ona była. Sugerując się tytułem, jak i opisem z tyłu okładki spodziewałam się lektury refleksyjnej, dość melancholijnej, może nawet nieco mrocznej. Byłam przygotowana na powieść niełatwą, bo i poruszającą trudny temat, jakim jest eutanazja, tymczasem dostałam kilka migawek z życia wcale nie tytułowej accabadory, ale jej duchowej córki Marii Listru. Migawek dość w moim odczuciu nieistotnych, niewiele wnoszących, czasem włożonych do fabuły jakby na siłę i nie mających większego znaczenia. Szkoda, że autorka skupiła się na tej z bohaterek, wątek accabadory ograniczając właściwie do trzech krótkich scen, bo na tym całość wiele straciła, stając się powieścią nijaką i niezapadającą w pamięć.

Michela Murgia, Accabadora. Ta, która pomaga odejść, Warszawa, Świat Książki 2012

*Wikipedia

sobota, 14 marca 2015

Pamiętajmy, że nikt nie ma dzieci ze względu na same dzieci, to zawsze egoizm albo przypadek. To fundamentalna ludzka potrzeba*.

Karolina Domagalska podejmuje trudny temat, ale podjęcie tematu to jeszcze nic, bo w przypadku tej książki najważniejsze są zamieszczone w niej historie. A żadna z nich nie pozostawi czytelnika obojętnym. To opowieści, które na każdego, jestem pewna, zadziałają zupełnie inaczej. Jednych wzruszą, innych oburzą, wywołają sprzeciw lub podziw. Najważniejsze jednak, że czytelnik ma prawo wyboru, bo sama autorka stoi w cieniu, z boku, nie ocenia, powstrzymuje się od własnych komentarzy, pozwala odbiorcy na dowolną reakcję.

Wszystkie zamieszczone pomiędzy okładkami opowieści łączy wspólny mianownik: in vitro, ale są one jednocześnie ogromnie różnorodne. To wypowiedzi samotnych matek, które bez pomocy medycyny reprodukcyjnej nigdy nie urodziłyby upragnionego dziecka. Mężczyzn, którzy poprzez dawstwo mogą być biologicznymi ojcami dziesiątek albo i setek dzieci rozrzuconych po całym świecie. Samych dzieci, dziś już dorosłych, które mając świadomość pewnego braku, pragną poznać swoje korzenie, które mówią: ja naprawdę kocham swojego tatę. Tego, który ze mną żył przez tyle lat. Nie można jednak twierdzić, że geny nie mają znaczenia. Możesz nigdy nie zobaczyć biologicznego ojca, ale nic nie zmieni tego, że podarował ci połowę twojego DNA. Nie mam żadnych wątpliwości, że koniec z anonimowością to zmiana dobra i konieczna**. A także surogatek, dla których to co robią jest jak narkotyk, uzależnienie. Pamiętam, że po drugim dziecku myślałam, że już nikomu nie jestem potrzebna, muszę odejść, a przecież nie chcę, nie mogę bez tego żyć. Wiele surogatek mówi to samo. To nie jest taka praca, że tylko otrzymujesz pieniądze i działasz jak automat. Zawsze dostajesz tyle wdzięczności, tyle emocji, nerwów. Masz poczucie, że robisz coś, co naprawdę jest potrzebne***. 

To historie par, którym mimo usilnych prób wciąż nie udaje się począć dziecka. Całe to staranie się o potomstwo, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że może nigdy się nie udać staje się ogromnie wyniszczające. Że nie zwariowałam, to się sama sobie dziwię. To jest strasznie trudna droga, trzeba mieć odporność nosorożca, żeby ją przejść. Niektórym się udaje za pierwszym razem, ale dla większości to laparoskopie, histeroskopie, torbiele, nieudane kriotransfery, poronienia**** - mówi jedna z bohaterek Domagalskiej. Inna dodaje: Jestem cieniem siebie sprzed lat. Kiedyś byłam fajną, rozrywkową, wesołą laską. Nie było weekendu, żebyśmy gdzieś nie poszli, nie pojechali. Przez starania zamknęłam się w skorupie. Taka się stałam nudna, smutna. Straciłam radość życia*****. 

Nie przeproszę, że urodziłam to jednak nie tylko zbiór nieszczęśliwych przypadków, to także historie, które skończyły się w najlepszy możliwy sposób. Pary homoseksualne, które kiedyś nie mogłyby sobie na dzieci pozwolić, dziś mogą je mieć, chociażby dzięki pomocy własnego rodzeństwa, które decyduje się na użyczenie zarodków. Bezpłodnego mężczyznę może wspomóc ojciec, który udostępni własną spermę, kobieta, w której macicy nie chce zagnieździć się już żadna komórka, może liczyć na pomoc własnej córki. To wszystko brzmi niesamowicie, wręcz nieprawdopodobnie, ale ma miejsce. W różnych częściach globu, w różnym czasie.

Karolina Domagalska udziela głosu każdej ze stron. Jej zbiór reportaży daje szerokie spojrzenie na zjawisko, jakim jest in vitro, a autorka nie ogranicza się do przedstawienia wyłącznie przeżyć samych zainteresowanych, ale przybliża nam również nieco historii, sięgając do samego początku sztucznego zapłodnienia, opisując kolejne etapy jego rozwoju oraz odnotowując postępy jakie nastąpiły w zakresie medycyny reprodukcyjnej na przestrzeni kilkudziesięciu lat. 

Historie przedstawione w Nie przeproszę, że urodziłam są wzruszające, niesamowite, a przy niektórych aż przecierałam oczy ze zdumienia. Bohaterowie Domagalskiej wzbudzili mój głęboki szacunek i podziw. Zastanawiam się skąd w obliczu nieszczęść, a jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami, i wszelkich przeciwności losu ludzie znajdują w sobie tyle siły, by walczyć o to, czego tak mocno pragną.

Warto przeczytać, pochylić się nad tymi historiami, przemyśleć, przetrawić, być może zmienić swoje poglądy na niektóre sprawy, a przede wszystkim mieć ogromną nadzieję, że jeśli doświadczenia bohaterów Nie przeproszę, że urodziłam kiedykolwiek dotkną nas samych znajdziemy w sobie tyle samo siły i odwagi. 

Ogromnie polecam.

Karolina Domagalska, Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2015

*s. 40

**s. 59

***s. 182

****s. 127

*****s. 129

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 233
| < Kwiecień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Tagi


Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Follow on Bloglovin
Google+