Menu

Czytadełko

Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie - Robert Rient

izusr

Każdy z nas, tak sądzę, dochodzi w pewnym momencie swojego życia do ściany. Do pewnej takiej granicy, za którą jak nam się wydaje nic już nie ma albo jest niewiele. Nie każdy oczywiście, tak jak autor, myśli wówczas o śmierci, ale jestem pewna, że wszyscy mają chwile, kiedy ma się już wszystkiego dość, kiedy można już tylko załamać ręce i zastanawiać się co dalej, bo zawrócić już nie można, a iść do przodu jakoś tak ciężko. Myślę, że trzeba mieć w sobie ogrom odwagi, by potrafić wszystko rzucić, pogrupować swoje rzeczy na te umiłowane, praktyczne, doczesne oraz niezbędne. Pozbyć się tego z trzech pierwszych grup, niezbędne natomiast spakować i z bagażem ważącym dziewiętnaście kilogramów wyruszyć w zupełnie nieznane. 

Większość życia spędziłem w przekonaniu, że obecność z innymi jest zawsze cenniejsza od bycia ze sobą, że miłość i namiętność z innymi ludźmi jest cenniejsza od bycia ze sobą. Długo byłem również przekonany,  że miłość i namiętność nie mogą się wydarzać w pojedynkę, a nawet jeśli się wydarzają, muszą być substytutem zjednoczenia z drugim człowiekiem. [...] Pragnienie bycia samotnym nie jest tożsame z niechęcią do ludzi, jest raczej wyborem pogłębiania relacji, które przeoczyłem, czyli tej z naturą i sobą*. 

Robert Rient wyruszył w dworca w rodzinnej Szklarskiej Porębie na poszukiwanie tego, co da mu szczęście. Podróżując koleją transsyberyjską, spędzając długie, samotne (choć może nie do końca) godziny na plaży nad zatoką tajlandzką, skacząc ze spadochronem z samolotu znajdującego się trochę ponad cztery i pół kilometra nad Nową Zelandią czy też doświadczając ayahuaski w amazońskim lesie deszczowym, autor stara się oczyścić umysł ze zbędnych myśli, zostawić daleko za sobą to, co bolesne i odnaleźć siebie.  

Czas, w którym mam dosyć ludzi, jest nieporównywalnie dłuższy od tego, w którym do ludzi tęsknie**. 

Przebłsyk to zapis podróży, tej w znaczeniu powszechnie przyjętym, polegającej na przemieszczaniu się z miejsca na miejsce, ale też w dużej mierze tej mentalnej. Robert Rient prowadzi nas przez Rosję, Tajlandię, Nową Zelandię, Malezję, Peru i Wyspę Wielkanocną, podsuwając mnóstwo ciekawostek na temat odwiedzanych miejsc, co samo w sobie jest naprawdę bardzo interesujące, ale tak naprawdę największe wrażenie robi chyba pierwszy odcinek jego wyprawy, czyli podróż koleją transsyberyjską. To właśnie tam koncentruje się na tym, co w nim, a nie poza, to właśnie tam skupia się bardziej na tym, co się dzieje w jego głowie, a nie na wspaniałościach tego, co widzi. Mam wrażenie, że im dłużej jest w drodze, tym bardziej pochłania go to, co na zewnątrz.

Ogrom emocji wywołał we mnie powrót autora do domu. Niby nic niezwykłego, niby zwykły powrót do dobrze znanego miejsca, do kochanych ludzi, do tego, co mu mimo wszystko najbliższe, a jednak opisany w taki sposób, że wzbudził we mnie łzy wzruszenia. Jeśli już nie ze względu na piękne wydanie z masą cudownych fotografii, jeśli nie dla ciekawej podróży do miejsc, o których wielu z nas gdzieś tam w skrytości marzy, to właśnie dla tego wzruszającego zakończenia warto sięgnąć po Przebłysk. Żeby docenić to, co najbliżej. 

Robert Rient, Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie, Warszawa, Wielka Litera 2018

*s. 145

**s. 42

© Czytadełko
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci