Menu

Czytadełko

W żywe oczy - J.P. Delaney

izusr

Jest studentką, marzącą o karierze aktorki. Ma niewiele pieniędzy, wieczne długi i nieco dramatyczną przeszłość. Jej odrobinę skomplikowaną sytuację życiową, dodatkowo utrudnia brak zielonej karty i możliwości podjęcia w pełni legalnej pracy. Korzystając oferty pewnego byłego policjanta i swojego niewątpliwego talentu pomaga zrozpaczonym kobietom zdobyć dowody na niewierność ich mężów. Notabene doskonale się przy tym bawi. Aż do momentu, gdy na swojej drodze spotyka Stellę i Patricka Foglerów. On jest pierwszym z mężczyzn, który nie pozwala się jej uwieść, ona kobietą, która panicznie boi się swojego męża. Gdy niedługo po ich spotkaniu Stella zostaje zamordowana, Claire Wright staje się... No właśnie, kim? Główną podejrzaną czy potencjalną ofiarą, którą należałoby objąć specjalną ochroną? A może po prostu doskonałą aktorką?

- Czasami tak się dzieje - mówi cicho. - Kiedy za długo nosisz maskę, okazuje się, że przywarła do twojej skóry.* 

Kim jest Claire? To pytanie, które dźwięczało mi w uszach przez całą lekturę. Kim tak naprawdę jest kobieta, mająca tak wiele twarzy, że ciężko określić, która z nich jest prawdziwa. Czy to ona zabiła czy ktoś tylko usiłuje ją wrobić? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywa jeden niepozorny tomik wierszy? Wierszy będących jednocześnie jednym z głównych bohaterów tej powieści.

Jedno jest pewne - Claire wzbudziła we mnie masę różnorodnych emocji. Bawiła mnie swoją głupotą, żeby za moment zaskoczyć niesamowitą inteligencją, doprowadzała do współczucia, po to tylko, bym po chwili czuła do niej wstręt i odrazę. Właściwie nawet po przewróceniu ostatniej kartki nie potrafię określić czy zdołałam ją polubić czy raczej znienawidzić. J.P. Delaney zbudował postać tak złożoną, że naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć czy to bohaterka pozytywna czy jednak totalnie czarny charakter. Morderca? Ofiara? Kobieta pragnąca bliskości czy bezwzględna uzurpatorka? Zagubiona, niepewna swojego talentu studentka czy świetna aktorka, doskonale znająca swój cel i potrafiąca zrobić wszystko, by go osiągnąć? 

Henry uważa, że to bzdura. Ale ja widywałam za kulisami aktorów kichających i zasmarkanych zpowodu grypy, która ustępowała w chwili, gdy wchodzili na scenę. Widywałam nieśmiałych introwertyków, którzy stawali się królami i królowymi, brzydali, którzy stawali się piękni, i pięknych, którzy stawali się odpychający. Na scenie coś się dzieje - coś, czego nikt nie potrafi wyjaśnić. Na kilka chwil stajesz się kimś innym. To najlepsze uczucie na świecie.** 

Doskonale czytało mi się tę książkę. J.P. Delaney ani na chwilę nie pozwala się nudzić, sprawiając, że o jego powieści myślałam nawet po jej odłożeniu. Ilekroć zamykałam W żywe oczy, chciałam jak najszybciej do nich wrócić, ciekawa tego, co będzie dalej, czym jeszcze autor mnie zaskoczy. Ogromnie podobało mi się bardzo zgrabne wplecenie w fabułę wierszy Baudelaire'a i jego wątków biograficznych. 

Nic w tej powieści nie jest oczywiste. Autor cały czas myli tropy, naprowadza nas na jedno rozwiązanie, po czym idzie w zupełnie inną stronę i choć samo zakończenie uważam za ogromnie rozczarowujące, uproszczone i po prostu niewiarygodne, to jednak jego najnowsza powieść podobała mi się na tyle, by bez wahania sięgnąć także po poprzedniczkę - Lokatorka już zresztą czeka na półce. 

J.P. Delaney, W żywe oczy, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2018

*s. 168

**s. 51

© Czytadełko
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci