Menu

Czytadełko

Kaj znów się śmieje - Harmut Gagelmann

izusr

Długo polowałam na tę książkę i cieszę się ogromnie, że w końcu udało mi się ją zdobyć. Kaj znów się śmieje to opowieść, która nie tylko pokazuje pracę z niepełnosprawnymi dziećmi i to jak wiele trzeba w nią włożyć wysiłku, ale przede wszystkim daje czytelnikowi solidną lekcję pokory. 

Wiem przecież po sobie, że czasem smutek potrafi człowieka ogarnąć tak zupełnie bez żadnej widocznej przyczyny*. 

Hartmut Gagelmann miał zaledwie dziewiętnaście lat, gdy odmówił służby wojskowej, a w ramach służby zastępczej wybrał pracę z upośledzonymi dziećmi. Stopnie upośledzenia jego podopiecznych były naprawdę różne, jedne skupione raczej wokół ułomności fizycznych, inne polegające na znaczących brakach w rozwoju psychicznym.

Wśród tych dzieci, którymi Hartmut miał się bezpośrednio opiekować znalazł się niesamowicie inteligentny, ale głuchoniemy spastyk Arnd, jąkający się Hubert ze zdeformowaną stopą, odznaczający się niesamowitą pamięcią do dat i Klaus, który choć bardzo chciałby coś powiedzieć, nie potrafił mówić. Był też cierpiący na hospitalizm Detlef i zafiksowany na punkcie ognia Oliver. Podopiecznym autora został również, poniekąd na jego własną prośbę, Michael - ośmiolatek wielkością przypominający raczej czterolatka, który jedyne co zawdzięcza ojcu, to kiła**. Chłopiec, który nie był w stanie sam jeść, przemieszczać się czy choćby podetrzeć, a jednak całkowicie skazany na łaskę innych ludzi, potrafił obdarzać ich pięknym, pełnym zaufania i nadziei uśmiechem. Wreszcie też pod opiekę Gagelmanna trafił Kaj. Dziecko, o którym żaden z pracowników zakładu nie chciał mówić nic więcej, zostawiając Harmutowi wolną rękę, pozwalając mu na to, by podszedł do chłopca z głową wolną od uprzedzeń.

Kiedy go wtedy spotkałem, miał dziesięć lat. Przez te dziesięć lat nie powiedział ani jednego słowa; albo nie potrafił, albo nie chciał. Nie chciał też jeść. Przez dziesięć lat odżywiano go sztucznie lub karmiono siłą. Ale za to bardzo dużo krzyczał i płakał. Wielu ludziom, którzy chcieli się nim zająć powyrywał włosy, niejednemu podrapał do krwi twarz i ręce. Zdzierał tapety ze ścian i firanki z okiem. Kiedy narobił w spodnie, zjadał to, rozmazywał sobie po twarzy, po ścianach pokoju***. 

Wiele pracy i wysiłku włożył Hartmut Gagelmann w to, by dotrzeć do chłopca, do którego nikomu wcześniej dotrzeć się nie udało. Czytałam tę książkę z szeroko otwartymi oczami, z gulą rosnącą w gardle, z ogromnym podziwem, ale też momentami z ogromnym wstydem, wywołanym przez świadomość, że ja chyba nie dałabym rady temu podołać. 

- Wiesz co? - mówię do Marii. - Największym upośledzeniem Kaja jest nasz strach****.

Kaj znów się śmieje to historia, która otwiera oczy i pozwala z zupełnie innej perspektywy spojrzeć na osoby niepełnosprawne, właściwie głównie na niepełnosprawne dzieci. Często odrzucane, spychane na margines, niewidzialne dla społeczeństwa, które nawet nie stara się ich zrozumieć. To opowieść, która wskazuje raczej na nasze upośledzenie, nasze, ludzi, którzy uważamy się za normalnych, braki.

My, którzy nazywamy siebie "normalnymi", bardzo chętnie odsuwamy się od wszystkich, którym wiedzie się gorzej niż nam. Wysyłamy upośledzonych i starych do zakładów, a chorych do szpitali. Uważamy się za normalnych, bo umiemy mówić i zapominamy o tych niezliczonych idiotyzmach, do których używamy naszej mowy. Uważamy się za normalnych, bo umiemy chodzić, i zapominamy, ile z poczynionych przez nas kroków było daremnych, głupich i bezsensownych. Uważamy się za normalnych, bo potrafimy używać naszych rąk i zapominamy, jak wiele zła te ręce potrafiły wyrządzić*****. 

Przejmująca historia. Warto ją poznać. 

Hartmur Gagelmann, Kaj znów się śmieje, Warszawa, Iskry 1988

*s. 83

**s. 9

***s. 5

****s. 112

*****s. 127

© Czytadełko
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci