Menu

Czytadełko

Całkiem nowe życie - Maria Ulatowska

izusr

 

Całkiem nowe życie okazało się całkiem niezłym zaskoczeniem. A Maria Ulatowska autorką do której, z pewnością, nie raz jeszcze wrócę.


Gdy Franciszka Janusiak podczas wczasów spędzanych w Karpaczu, poznaje Zenona Wołodarskiego, mężczyznę niemal 30 lat starszego od niej i zakochuje się w nim po same czubki uszu, z wzajemnością zresztą, wydaje jej się, że wygrała los na loterii. Zaczyna nowe życie. W nowym miejscu. Z mężem u boku. Z teściową, która być może zastąpi jej wcześnie zmarłą matkę. Tyle, że życie nie zawsze jest tak kolorowe, jakbyśmy tego chcieli i niestety rzadko kiedy układa się po naszej myśli.

A Ulatowska nie szczędziła tej swojej Franki ani troszeczkę, kładąc jej kłód pod nogi, ile tylko wlezie. I dobrze. Dobrze, bo dzięki temu prędzej czy później musimy obdarzyć Franciszkę ogromną sympatią. I dobrze, bo krok po kroku możemy przyglądać się jej przemianie z zagubionego, godzącego się na wszystko dziecka w kobietę pełną wewnętrznej siły, potrafiącej stawić czoła każdej przeciwności losu.

Także inne postacie stworzone przez Ulatowską wzbudzają zainteresowanie. Z ciekawością śledzimy życie każdego z nich, choć mnie trochę nie podobało się przypisanie bohaterom cech, które trzymają się ich do końca. Jeśli ktoś jest w powieści tym złym, to do śmierci tym złym pozostanie. Żadnej nadziei na zmianę.

Nie zmienia to jednak faktu, że autorce, piszącej przecież o zwykłym życiu, o smutkach i radościach dnia codziennego, o miłości, nienawiści, przyjaźni i tym wszystkim, co każdy z nas zna i co mogłoby się już wydawać ograne i nudne, udało się stworzyć świetną sagę rodu Wołodarskich, od której chwilami ciężko było się oderwać. Kończąc jeden rozdział, chciało się już wiedzieć, co będzie w następnym i choć może pod pewnymi względami całość jest nieco przewidywalna, to od nudy zdecydowanie udało się autorce uciec. 

Jeśli chodzi o sam styl Ulatowskiej, cóż, ja momentami czułam się jakbym siedziała z nią przy kominku, a ona mówiłaby mi o życiu Franciszki, od czasu do czasu przypominając sobie i inne wątki, które to tu, to tam, zwyczajnie musiała wpleść, choćby nawet nic ważnego do całej treści nie wnosiły.

I z jednej strony niby słuchało się tego bardzo dobrze, z drugiej jednak mnogość wątków jest też według mnie największą wadą tej książki. Bo rzuca autorka pomysłami jak z rękawa, co rusz dokładając nieszczęść tym swoim biednym bohaterom, nie zagłębiając się jednak w żaden z tych rozpoczętych wątków. Aborcja, próba samobójcza, białaczka, choroba psychiczna, ukrywanie odmiennej orientacji... To wszystko przecież tematy bardzo istotne, ważne, takie nad którymi czytelnik powinien się pochylić na dłuższą chwilę. Zamiast tego leci jednak dalej, wsiąkając w historię rodziny Wołodarskich coraz bardziej, ale nie przeżywając tak, jak przecież powinien tego, że młoda dziewczyna próbuje zabić nie tylko siebie, ale i dziecko, które w sobie nosi. Nie zastanawiając się nad tym, jak ciężko pogodzić się z odejściem ukochanej osoby. 

Chociaż... może i w życiu tak z nami jest? Gdy przydarzy się coś złego, mamy ochotę rwać włosy z głowy, mamy ochotę siąść, płakać i siedzieć w tym naszym cierpieniu, ile się da, ale przecież prędzej czy później, przynajmniej większość z nas, musi wstać, otrzepać się i iść dalej. Przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego. Tak jak i bohaterowie Całkiem nowego życia.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Maria Ulatowska, Całkiem nowe życie, Warszawa, Prószyński i S-ka 2013.

© Czytadełko
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci