Menu

Czytadełko

Misja na czterech łapach - W. Bruce Cameron

izusr

Ci, którzy wchodzą tu od dłuższego czasu, wiedzą, że w poprzednie wakacje straciłam moją ukochaną sunię, która była z nami właściwie odkąd pamiętam. Biorąc pod uwagę to ile z nią przeżyłam i jak bardzo mi jej wciąż brakuje, naprawdę nie mogłam nie sięgnąć po Misję na czterech łapach, bo choć to tylko powieść to przecież daję promyczek nadziei na to, że jeszcze kiedyś się spotkamy, choć może jej wtedy nie poznam. 


Toby'ego, bo takie będzie jego pierwsze imię, poznajemy tuż po urodzeniu, gdy przebywa jeszcze w otoczeniu swego rodzeństwa, pod opieką matki. To tu uczy się zasad życia w grupie, walki o to, co jego, umiejętności zdobywania pożywienia. To tu uczy się tych rzeczy, które przydadzą mu się do końca życia, a nawet (nie)jeden dzień dłużej, bo Toby odrodzi się kolejno we wcieleniu Bailey'a, Ellie i Kumpla. Każde ze swoich poprzednich wcieleń będzie doskonale pamiętał, wszystkie umiejętności zdobyte w poprzednich życiach staną się przydatne w kolejnych. W efekcie zaś wszystko to, czego się nauczył, czego doświadczył, co zapamiętał, okaże się potrzebne do wypełnienia jego psiej misji. Misji na czterech łapach, nierozerwalnie związanej z Ethanem, chłopcem, którego pokocha całym sercem. 

Cała narracja poprowadzona jest z punktu widzenia psa, a pies ten zachowuje się jak pięcioletnie dziecko i tak też postrzega świat. I to nie jest wcale wada, choć początkowo może drażnić. Mnie drażniło, przyznaję szczerze, ale potem zaczęłam odczuwać wielką frajdę z każdym kolejnym odkryciem tego, co Toby, Ellie czy Bailey chcieli mi przekazać. Wiele rzeczy jest dla niech nieznana, niezrozumiała, wielu rzeczy nie nazywają po imieniu, ale opisują naokoło, tak jak czują, tak jak widzą po zachowaniu swojego otoczenia. To jeszcze bardziej pozwala na wczucie się w tą specyficzną narracje, a jednocześnie sprawia, że gdzieś tam zaczynamy głównego bohatera utożsamiać z naszym własnym psem, dopasowywać jego postępowanie do postępowania własnych zwierzaków i po prostu rozumieć ten psi świat. 

Cameron pozwala nam też spojrzeć na nasze własne zachowania z dystansem i zrozumieć, że to co robimy nie zawsze jest przez naszych pupili odpowiednio interpretowane, że czasem chcąc im coś przekazać, czegoś ich nauczyć, przekazujemy zupełnie coś innego, wysyłamy zupełnie sprzeczne sygnały, na własną prośbę wprowadzając zwierzaka w błąd i wściekając się, że nie potrafi zrozumieć.  

Misja na czterech łapach to historia, umacniająca wiarę w to, w co my-zwierzoluby tak mocno chcemy wierzyć. To książka częstokroć wywołująca uśmiech, ale także łzy. Ja zaraz po zakończeniu całości pomyślałam sobie, że naprawdę nie mogę czytać takich książek, bo wiecznie się uryczę, zasmarkam i na co to komu? Moja wrażliwość zostaje wystawiona na zbyt ciężkie próby. 

Ale tak całkiem poważnie... myślę, że ta książka była mi potrzebna. I bardzo żałuję, że nie miałam jej przy sobie rok temu, wtedy gdy Sonia odeszła. 

W. Bruce Cameron, Misja na czterech łapach, Białystok, Illuminatio 2012.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • Gość: [www.navrant.wordpress.com] *.dynamic.chello.pl

    Tez mam psa od nie pamietnych czasow i nie wyobrazam sobie bez niej zycia :-) ale po ksiazce "Pies, ktory jezdzil koleja" chyba nie jestem w stanie siegnac po zadna inna ksiazke o psach. Mimo ze je uwielbiam :-)

  • izusr

    navrat A ja musiałam się przestawić, nie było łatwo. No w każdym razie teraz mam szalonego kota, też dobrze, choć Soni brakuje bardzo. Mi ta książka była potrzebna właśnie ze względu na tę stratę, nie wiem czy normalnie też bym po nią sięgnęła ;P

© Czytadełko
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci