Menu

Czytadełko

Cuba Libre. Notatki z Hawany - Yoani Sánchez

izusr

Trzymam na kolanach książkę, którą niedawno skończyłam czytać. Dotykam jej, jeszcze raz przeglądam zdjęcia, przebiegam wzrokiem po wybranych fragmentach tekstu i jestem przerażona. A w głowie mam jedno tylko pytanie: czy naprawdę gdzieś jeszcze można TAK żyć?

O Yoani Sánchez usłyszałam zupełnie przypadkiem, przy okazji pewnej pracy zaliczeniowej. Pisałam o blogach i blogerach, trafiłam na kilka artykułów dotyczących owej Kubanki i powiedzieć, że historia tej kobiety mnie zafascynowała to naprawdę mało.

Internet dla wielu z nas stał się czymś niemal naturalnym. To coś jak woda czy powietrze. Musimy przynajmniej raz dziennie zaglądnąć na kilka ulubionych stron, przynajmniej dwa razy, rankiem i wieczorem, sprawdzić pocztę. Często nie wiemy co ze sobą zrobić, gdy na parę dni, godzin, czasem nawet minut pozostajemy bez połączenia z siecią. 

Yoani Sánchez tego problemu nie ma. Na Kubie bowiem mało kto ma dostęp chociażby do komputerów. A jeśli już to są to zwolennicy reżimu, pracownicy ambasady albo... turyści. Owszem, czasem zdarzy się, że któryś z obywateli stanie się właścicielem własnoręcznie poskładanego lub zakupionego na czarnym rynku komputera, ale i w tym przypadku dostęp do Internetu pozostaje problemem, bo połączenie z siecią nie dość, że bardzo powolne, jest także na tyle drogie, że mało którego Kubańczyka stać by było na stałe łącze. 

Jak to więc możliwe, że Yoani udało się nie tylko założyć bloga, ale doprowadzić także do tego, że jej Generation Y, nadal istnieje, rozwija się i jest tłumaczony na kilka języków? Ano wystarczyła ciut jaśniejsza karnacja, podanie się za obcokrajowca i kilka hawańskich hoteli, umożliwiających wrzucenie zapisanych wcześniej notatek na serwer, w chwilach pełnych stresu i napięcia.

I możemy się zastanawiać po co właściwie tyle zachodu? Ale może właśnie te zapiski i odwaga zwykłej kobiety do zrobienia tego, co w jej kraju zakazane, pozwalają nam, kojarzącym Kubę z wyspą jak wulkan gorącą, przyjrzeć się jej prawdziwemu obliczu. A oblicze to wcale nie jest tak olśniewające, jak nam się wydaje. Dostęp do Internetu zarezerwowany tylko dla turystów to jeden z najmniejszych problemów. Do tego dochodzi szereg innych: mieszkania rozwalające się ze starości, z którymi nie można nic zrobić, bo stanowią własność państwa, które palcem kiwnąć w tej sprawie nie chce. Dziwny sposób oceniania na poziomie szkoły podstawowej, w której niekoniecznie ważna jest posiadana wiedza czy pewne talenty, które u nas nauczyciele starają się jednak dostrzegać i jakoś rozwijać, a przynajmniej właściwie ukierunkowywać. Brak pomocy dla ofiar tak częstych huraganów. Rozwijający się wciąż czarny rynek, istniejący głównie za sprawą idiotycznego rozróżnienia waluty kubańskiej na peso krajowe, w którym mieszkańcy wyspy dostają wypłatę oraz peso wymienialne, rzecz jasna droższe od krajowego, którym płaci się za wszystko. Nie zapominajmy oczywiście, że wszystko jest w tym przypadku pojęciem mocno naciągniętym. Mnie najbardziej rozśmieszyły, kartki na mleko przyznawane wyłącznie dzieciom do lat 7 i seniorom od 65 roku życia. Istna paranoja... 

Nie mogę zrozumieć, jak w miejscu zadedykowanym czytaniu i wiedzy - jakim powinny być targi książki - może istnieć obszar zakazany dla miejscowych. Jeszcze bardziej absurdalny jest fakt, że "sfera zastrzeżona" to drzwi do ogromnej biblioteki, archiwum i encyklopedii, jaką jest internet. Nie rozumiem, jak można w tej samej przestrzeni zachęcać do czytania i zabraniać dostępu do informacji, sprzedawać książki i cenzurować strony internetowe, propagować słowa i nie pozwalać nam korzystać z czatów, sprzedawać encyklopedie i nie pozwalać na konsultowanie Wikipedii.*

Sánchez pisze tak, że chce się ją czytać, po prostu. Widać, że słowo pisane jest jej wielką miłością, że czuje się z nim w jakiś sposób związana. Jej zapiski pełne są ironii i krytycznego spojrzenia na otaczającą ją rzeczywistość, a jednak da się w nich dostrzec przywiązanie jakim darzy swój kraj ze wszystkimi jego wadami. 

To zapiski blogowe głównie z roku 2007 i 2008, choć i kilka notek z 2009 tu znajdziemy, ułożone niestety tematycznie. Piszę niestety, bo o wiele wygodniej by mi się je czytało, gdyby były w kolejności chronologicznej, tak jak zostały umieszczane na blogu, tak by żadne wydarzenia się nie mieszały, nie zostały pominięte, ale też nie powtarzały się, bo o kilku sprawach Sánchez pisze wielokrotnie. 

Cuba Libre to książka ważna, z gatunku tych, które zdecydowanie warto jest poznać. A nieprzekonanych zapraszam na polską wersję Generation Y.

Yoani Sánchez, Cuba Libre. Notatki z Hawany, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2010.

*s. 86.

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • toska1982

    Robi wrażenie !!! Wprost nie można uwierzyć że jeszcze się tak żyje, straszne !!!!

  • Gość: [tola] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    lubię takie książki, naturalne, prawdziwe, niewymuszone, a do tego poruszające ważne życiowe kwestie.

  • izusr

    toska1982 Ooj robi i to spore.

    tola Ja też. Uwielbiam wprost, choć na ogół mnie odrobinę przerażają :)

© Czytadełko
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci